CYTATY
PRZEZ 10 MINUT
Autor: Chiara Gamberale
Ilość stron: 191
Znalezione w: Nataly
Data przeczytania: 2016-04-06
W każdej ludzkiej istocie istnieją ukryte
zdolności,
poprzez które istota owa może połączyć się
z wiedzą całego świata.
Bezkształtna masa, porozrywana, poraniona, której jedynym stałym punktem
było trwałe poczucie straty.
Po jakimś czasie nieznośny ból przeminął, ale to znaczyło, że nie miałam już
nawet i jego do towarzystwa.
Zakochałam się, z wzajemnością, potem bez wzajemności, potem byłam porzucona,
ale potem nie, znudzona, nudna, upragniona, utracona, kretynka, żona. Zawsze
jednak chroniona.
Od przemocy rzeczywistości, mówiłam. Od odpowiedzialności bycia naprawdę
dorosłą, przynajmniej tutaj, mówili inni: dopóki masz do przejścia tylko
kawałek sadu, żeby być w domu rodziców, to i tak to tylko udawanie,
rozumiesz?
Prawda jest taka, że nie dojrzewa się razem tak po prostu albo z powodu magii.
Przeciwnie – trzeba przy tym ogromnie uważać.
Po prostu czuję, jak brakuje mi powietrza, a ciało niezależne ode mnie zaczyna
się unosić w czymś w rodzaju
plastikowej torby. A na zewnątrz tej torby cały świat.
Mimo wszystko…
W sumie…
Warto iść naprzód.
Nic się na to nie poradzi: kiedy zamyka się drzwi – pustka się rozrasta.
‒ No to teraz spróbuj w końcu spojrzeć w oczy tej pustce.
‒ Brzydkie.
‒ Co?
‒ Oczy pustki.
‒ Biedna pustka. Jest tylko trochę zezowata.
Najpierw poczułam się z tym dość podle: miałam wrażenie, że ja też zdradziłam
Mojego Męża, zaczynając znów oddychać, jeść, pisać.
Znaczy żyć dalej.
Czasami się przewracam, ale może, kto wie, właśnie wtedy biorę rozbieg.
Przychodząc na świat, dostajemy w darze piękny instrument: musimy stanąć na
jego wysokości.
Poza tym, że jest piękny, instrument ten jest również niezwykle delikatny:
a naszym, tylko naszym zadaniem jest użycie go z pełną mocą.
Ale za każdym razem, kiedy widzę jego imię na wyświetlaczu aparatu, wciąż
jeszcze mam nadzieję.
Znać kogoś naprawdę to coś tak złożonego, rzadkiego, nieodwracalnego. Znać
kogoś naprawdę to na zawsze.
Weź sobie tę swoją czułą, ja jestem światło-czuła.
,,Nikt nie przeczy, że rzeczą konieczną jest kształcenie młodych. Niektórzy
wszakże wciąż utrzymują, że można to uczynić, nie obarczając ich konkretną
odpowiedzialnością, nie dając swobody wyboru programów, dróg, a więc bez
podejmowania ryzyka pomyłki''.
W życiu najważniejsza jest odwaga. Skosztujmy, bądź dzielna.
W tej ciemności, która nagle mnie otoczyła, zniknęło wszystko: wszystkie gdzie,
wszystkie dlaczego, wszystkie ja, ty. Nie mówiąc już o my.
Są chwile, kiedy przysypia w fotelu z otwartymi ustami przy którymś odcinku
Simpsonów albo kiedy zamyśla się nad jakimś zadaniem z prawa i nie wiadomo, o
czym myśli, nie wiadomo, z jakimi nieprawdopodobnymi upiorami walczy, dopóki
nie zorientuje się, że patrzę na niego. Wtedy spogląda na mnie, szeroko otwiera
czarne, aksamitne oczy i uśmiecha się. Właśnie, przede wszystkim chwilami biorę
od Ato nadzieję.
Nadzieję na możliwości istnienia „my”. Tak w ogóle, na świecie. Tak w
szczególe, dla mnie.
I trochę się uśmiecham.
Trochę się boję.
Vicarello, Moja Rubryka, Mój Mąż to moje przytulanki, z którymi od ponad
roku cała spięta zasypiam i cała spięta się budzę.
Cuchną i nie mają już miękkiego futerka, ale kiedy przyzwyczaisz się do
jakiejś przytulanki, trudno ją porzucić.
Cudowne jest unikanie go razem z kimś, kogo kochasz; właśnie ta ucieczka staje
się prawdziwym Bożym Narodzeniem. Tak myślałam.
Obydwoje tak sobie tym zawróciliśmy głowę, że serca zostawiliśmy strasznie
daleko.
‒ Czy to dobrze, że miasto tak się zachowuje wobec Marsjan i wobec tych, którzy
dziwnie chodzą? – pyta.
‒ Nie, bo wtedy oni czują się samotni.
Kto zajmie się wszystkimi tymi częściami nas, które osiemnaście lat temu
zostały wymyślone przez to drugie i które przez osiemnaście lat to drugie utrzymywały
przy życiu?
Zdarzyło mi się, że zaczęłam się śmiać. To się zdarza i
nawet nie potrafisz wyjaśnić dlaczego, i właśnie dlatego robisz to dalej.
No właśnie. Mnie się zdarzyło przynajmniej dwa i pół raza w ciągu
tygodnia.
‒ Znać kogoś naprawdę to coś tak nieodwołalnego, że…
‒ Że?
‒ Że kiedy to się zdarza, to już na zawsze. Prawda? To znaczy można
rozwijać się, zmieniać. Ale dusza pozostaje ta sama.
W tym entuzjazmie osiemnastolatki zobaczyłam siebie w jej wieku, w jej obawach
zobaczyłam moje, oszołomiła mnie zuchwałość jej
radosnego uśmiechu i gdzieś głęboko pojawiła się pewność, jakiej zaznałam
niewiele razy w życiu. Ta osoba nie udaje, naprawdę czuje tylko i wyłącznie
sercem, myśli naprawdę swym umysłem.
Zapragnęłam uścisnąć ją i zachęcić, by dalej była taka, jak jest; ale też
chronić, bo świat potrafi być okrutny wobec kogoś, kto przeciwstawia mu się
prawdziwą myślą, prawdziwym uczuciem.
Kompletnie absurdalne jest to życie, kiedy nie chodzi o nas.
‒ Pani Bovary nigdy nie ma dosyć tego, co ma, ani nie ceni tego, podczas gdy
Bercie wystarcza niewiele.
‒ No tak – przyznaje profesor.
‒ I te mniejsze aspiracje bez wątpienia umożliwiają Bercie lepsze
przystosowanie się do życia.
Czy gdybym nie umartwiała się nostalgią za Vicarello i za Moją Rubryką, byłabym
lepiej przystosowana do życia? Więc czym jest to, co nazywamy szczęściem? A
może to jest sposób na rezygnację z czegoś? Ze szczęścia? Musimy więc wybierać?
Wszyscy?
„Jeśli dotkniesz tej osoby, będziesz naprawdę zadowolony i szczęśliwy, nieustająco,
a jakaś część ciebie umrze na zawsze”.
Jest piękna?
Jest brzydka?
Jest jego.
Życie jest absurdalne, nudne i fantastyczne, kiedy nas nie dotyczy.
Moją pewność, moje obawy, również swojskiej jak wszystko to, do czego w końcu
skrycie się przyzwyczajasz.
Tymczasem obecne obawy są nowe: nawet nie wszystkie je rozumiem.
Pewność przepadła.
Są pewne rzeczy, które rodzice będą robili przez całe życie, a może nawet kiedy
już umrą.
Kropka. My ich nie robimy albo robimy je źle, właśnie dlatego, że to jest
absolutnie jasne: „popatrzcie tylko, jak myślą o was mama i tata”.
Mama i tata myślą o nas.
Opowiedział mi, że właśnie zapisał się na kurs prawa jazdy, i kto wie, może
kiedy wpadłam już po uszy w te jego żółte oczy, wpadłam też na pomysł, że
zawsze on będzie prowadził. Samochód. Motorynkę. Mnie.
Jest zbyt arogancki, żeby prosić – cię o wybaczenie, twierdzi Gianpietro. Bo
jest zbyt słaby, żeby samemu sobie wybaczyć – twierdzę ja.
Mówi, że wpatrywałam się w niego jak w bóstwo i że sprawiałam, że czuł się jak
bóstwo.
Czemu już nie widzę w tobie bóstwa, ale po prostu mężczyznę, którego kocham? I
czy nie lepiej być kochanym niż ubóstwianym? Czy być kochanym to nie
wszystko?
Mówi: oczywiście mam różne problemy z tym czymś niesamowitym, ale nie jest tak,
że gdzieś tam w głębi wszyscy je mamy?
Co?
Co się stało?
Stało się to, że Mój Mąż zagubił gdzieś w sobie drogę do domu i
potrzebowałby kogoś, kto jak Tomcio Paluch poukładałby mu kamyczki jeden za
drugim i pokazał ścieżkę.
Potrzebowałby mnie. Ale po traumie porzucenia mnie ja sama w środku też
zagubiłam tę drogę. Ja też potrzebowałabym Tomcia Palucha. Potrzebowałabym
jego.
Chciałabym ją objąć, utulić, zasnąć koło niej.
Chciałabym ją zapewnić, że nie ma na to sposobu, że w takich chwilach
trzeba upaść: na ręce, kolana, na serce, płuca. Na wszystko. Trzeba dojść aż do
głębi, umartwić się.
Chciałabym jej obiecać, że choć tego nie wie, nie może sobie teraz tego
wyobrazić, przyjdzie dzień, w którym odkryje, że przeżyła.
Mam uczucie, że każdy dzień pokazuje temu, który po nim nadchodzi, jakiś rodzaj
możliwości. Która nawet potem może się nie zrealizować, ale ma co robić z
fantazją i perwersją tego, co dla wygody nazywamy życiem. Tak to ujmijmy. I ze
świadomością, że my mamy dużo mniej fantazji czy perwersji od niego. Coś w tym
rodzaju.
‒ Wystarczy tak niewiele, prawda?
‒ Żeby co zrobić?
‒ Żeby nasze schematy emocjonalne i mentalne, od których nieświadomość
czuje się chroniona i które uważamy za granice naszej tożsamości, okazały się
faktycznie jej ograniczeniami.
Obsesje nie szkodzą, jeśli się je lekceważy, Chiaro. Co więcej: lekceważenie to
jedyny sposób, by się ich pozbyć.
‒ W takim, że to nie on mówi.
‒ A kto, przepraszam?
‒ Strach. Strach o margines ruchów, jaki zostaje, kiedy odnajdujemy
szczęście. W tym momencie jest sam w tym szczęściu. A on nie potrafi.
‒ Proszę mi to dokładniej wyjaśnić.
‒ Wiec tak: to właśnie on pomógł mi nabrać do siebie samej zaufania, on,
bardziej lub mniej świadomie, oswoił moje niepewności, zachęcił do wysłania do
wydawnictwa mojej pierwszej powieści. A dziś nie zniósłby osoby, jaką się
stałam właśnie dzięki niemu? To jakiś paradoks.
A lampiony tańczą, migoczą w mroku nocy.
Myślę o wieży Roszpunki.
Wewnątrz wieży macocha, jej przekonania, jej obawy.
Na zewnątrz cały świat.
Wewnątrz moje przekonania, moje obawy.
A na zewnątrz?
Na razie, jeszcze przez dziesięć minut, dwa lampiony.
Ale potem przyszedł ten ranek. Kiedy w cudowny sposób poczułam, że to, co
bolało, nie boli już tak bardzo. A raczej, że zaczęłam się do tego bólu
przyzwyczajać. I że w taki czy inny sposób jakoś mogłam iść naprzód.
A może nawet to robię.
‒ Jesteś pewna, że chcesz ją zatytułować Cztery gramy miłości poproszę?
‒ Tak. Przecież właśnie o to chodzi, prawda? Obie bohaterki pragną trochę
miłości, każda na swój sposób. Nie za dużo. Nawet nie pół kilo. I gotowe są
nawet dziękować temu, kto je nią obdaruje.
Jesteśmy więc odmienni. Całkiem odmienni jedni od drugich. Czytamy z nudy, z
ciekawości, uciekając od życia, jakie prowadzimy, żeby spojrzeć mu prosto w
oczy, żeby wiedzieć, żeby zapomnieć, żeby oswoić zmory krążące między głową a
sercem, żeby je uwolnić. Nie jesteśmy do siebie w niczym podobni, nawet jeśli
trzymamy w rękach, kochamy, nienawidzimy i jeśli
na Boże Narodzenie podarujemy temu, kto jest nam najdroższy, tę samą
książkę.
W niczym nie jesteśmy do siebie podobni.
Na nieszczęście, i właśnie dlatego – tak: nie ma wątpliwości.
Istniejemy.
Jakaś część mojego mózgu dobrze wiedziała, gdzie on jest: najwyraźniej miejsca,
tak samo jak osoby, rozbłyskują i ujawniają się na świecie nie tylko dlatego,
że jest dla nich przestrzeń, ale dlatego, że ma to sens tylko wtedy, gdy
jesteśmy gotowi do zrozumienia go. Kiedy ich potrzebujemy.
Myślę o tych wszystkich rzeczach, które inni robią za nas, dla nas: czy
powinniśmy im być za to wdzięczni? No pewnie. Chociaż te same osoby,
zdejmując z nas ciężar obowiązku, zabierają nam też możliwość zdobywania
doświadczenia. Czy jest to ich wina? Czasami. Nasza?
Zawsze.
Ekscytujące. Naprawdę. Zanurzyć ręce w torbie pełnej ziemi i napełnić nią dwie
doniczki – to jest ekscytujące. Zupełnie inaczej niż youporn. Po plecach
przechodzą mi dreszcze. Już od ponad roku nie czułam, że mam ciało.
A jednak chyba wciąż je mam.
„Dopóki śmierć was nie rozłączy”. Nieodwołalnie. A tymczasem rozłączyło
nas życie.
To strasznie trudne nie być do dyspozycji osoby, którą kochamy, Chiaro. Ale
czasami trzeba. Ta bezwzględna dyspozycyjność nie pomaga ani nam, ani
jej.
Chciałabym wrócić do czasu, kiedy były tylko te dwa słowa. Zwykłe słowa. Które
wystarczały za wszystkie inne.
Chciałabym, żeby ktoś je powiedział do mnie, jeśli on już nie może ich
powiedzieć.
Chciałabym je komuś powiedzieć, jeśli już nie mogę ich powiedzieć
jemu.
W każdym razie, gdyby świat miał się dziś skończyć, powiedziałam „kocham cię” i
w zamian dostałam odpowiedź „wszystko w porządku?”.
Czyli to znaczy, że powiedzieć „kocham cię” to coś nienormalnego, że ja nie
jestem normalna, mówiąc to.
Czyli nie wolno mi już tego mówić.
„Pragnienie rodzi się z tego, co obserwujemy każdego dnia”
„cierpi to, co się zmienia, nawet by stać się lepsze”
Ponieważ zawsze łatwiej powiedzieć coś istotnego w czasie realnym;
rzeczywistość toczy się po swej przenikliwości, po oburzeniu, po nonsensach. A
my razem z nią.
Zrobiłabym wszystko, a jednak kto wie kiedy, kto wie jak, moja uwaga
rozproszyła się gdzieś. Przestałam się pilnować. Wkradła się rzeczywistość. I
stała się silniejsza od nas.
TO ZNACZY WYBIERAJ: DO ŚRODKA ALBO NA ZEWNĄTRZ, ALE JAK STOISZ W BRAMIE,
BLOKUJESZ MI RUCH!
Zamiast zanudzać, woli zapaść się w jakąś otchłań i zadawać ból sobie
samemu.
Jak gdybyśmy byli Świętym Mikołajem.
Pomnożonym przez trzy.
Bez wielkiego brzucha, bez pośpiechu, bez serca przepełnionego radością,
gotowego rozdawać ją innym.
W sercu tego potrójnego Świętego Mikołaja są dziury, rozdarcia, szramy,
małżeństwo w kryzysie, ojciec niezdolny do zrozumienia, utracona rodzina w
Erytrei.
I potrzeba bezbolesnego przetrwania przez najbliższe dziesięć minut.
Od kiedy moje życie jest puste, nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak
pełne.
Bo miłość naprawdę jest przewrotna.
Kiedy jest, rozmawiasz z jedną tylko osobą o wszystkich innych.
Kiedy nadchodzi kryzys, rozmawiasz ze wszystkimi osobami o jednej tylko
osobie.
Jedynej, z którą nie udaje ci się już rozmawiać.
I dzień po dniu ta osoba staje się coraz mniej osobą: przez to mówienie o
niej, zamiast żyć intensywniej, ona staje się punkcikiem. Hologramem.
Czymś niewyraźnym, zwodniczym, pustym.
Niezależnie od nieskończonych, natychmiastowych możliwości, czy istnieje coś
takiego dla kogoś, kto ma jakiś problem, chce powiedzieć światu: „Hej, mam
problem!” i usłyszeć, że ktoś odpowiada, wszystko jedno czy z
obowiązku, czy z zainteresowania: „Jaki problem?”.
Czy sugerujesz, że tak naprawdę szukam sposobu, żeby rozstać się lepiej, niż
się rozstaliśmy? I że on robi to samo?
‒ A jeśli ktoś cię zrani, trudno się z tym pogodzić, ale trwasz. Boisz się, że
tracąc jego, stracisz całą siebie.
‒ Ale tak nie jest. Ty jesteś tobą. Z mężem lub bez niego.
O nas, czyli o kim?
O dwojgu ludziach, którzy się kochali, może za bardzo.
Którzy jeszcze się kochają.
I mogliby mieć okazję, by do siebie wrócić.
Ale chyba szukają okazji, by lepiej się rozstać.
Co nie jest możliwe.
Dla nich ani dla innych, jeśli dochodzi się do tego punktu.
W którym istnieje ryzyko, że wreszcie czujemy się odrobinę wyjątkowi.
A w niektórych momentach fantastyczni.
W domu.
Cały świat symboli, obietnic i przestróg rozwija się w mojej głowie jak
kolorowy obrus na kuchennym stole.
Zaryzykuj.
Nie opieraj się zmianom.
Co powinnam zrobić, żeby wydostać się z tych ruchomych piasków, w jakie
zmieniło się moje życie?
Wracajmy razem. Naprawdę i na zawsze.
A ponieważ właśnie tego
dzisiaj mi brakuje - jakiejkolwiek nadziei.
Cały świat wydawał mi się ogromnym, niemożliwym do pokonania wrogiem.
I zrozumiałam natychmiast, że to przyjaciółka. Taka, która sam na sam z kimś, u
kogo najwyraźniej widać, że nic nie jest w porządku, nie boi się go zapytać:
„Wszystko w porządku?”. A przede wszystkim nie boi się wziąć na siebie ciężaru
odpowiedzi.
Trzeba je przeżyć, to życie, powiedziała wczoraj. Trzeba brać wszystko to, co
dobre, prawda? A jeśli mnie się nie udaje kochać jednego mężczyzny na raz, to
co mam zrobić? Zabić się?
Nie mam pojęcia, co to znaczy.
Mam na myśli: kochać dwóch mężczyzn.
A może i prawda. Podobałem ci się. Ale byłaś do szaleństwa, rozpaczliwie
zakochana w twoim mężu. Nie było miejsca dla nikogo innego. A w każdym razie
nie dla kogoś, kto czułby do ciebie to, co czułem ja.
To nie było tak, że tylko mi się podobałaś, Chiaro. Ja po prostu szalałem,
szalałem na twoim punkcie.
Jeśli chcesz, dam ci do przeczytania mój dziennik z tych miesięcy. Jeszcze
pamiętam, co napisałem w dniu, gdy ciebie poznałem. „To jest ktoś, z kim
chciałbym spędzić resztę życia i patrzeć, jak się śmieje”, tak napisałem.
Chciałabym teraz zniknąć. Natychmiast. Chciałabym zniknąć natychmiast. Próbuję
się uśmiechnąć. Chce mi się jednak płakać. I jedna łza nie wytrzymuje. Płynie.
Stefano wyciera ją palcem. Przesuwa palcem po moich ustach. Tak, jak on to
potrafi: delikatnie.
Stefano otwiera ramiona, mówi: „Chodź” i mnie przytula. Obejmuje mnie tak, jak obejmuje
się babcię, która kończy sto lat, dziecko, które właśnie rozbiło sobie kolano,
jak się obejmuje miłość grzeczną, niewinną, bez przeciwwskazań, miłość, która
mogła się stać, ale się nie stała i nie stanie.
Poddać się woli kogoś innego, choćby tylko na dziesięć minut, daje mi poczucie,
że nie jestem dzisiaj tak strasznie sama.
Chociaż jestem.
Chociaż jestem strasznie samotna. Sama.
Po prostu, wśród tych wszystkich błogosławionych i przeklętych zjawisk, które
rozdzierają zasłonę ogólnej obojętności i zmuszają do otworzenia się na
zbiorową wyobraźnię, zdarza się, że coś, co ci przemknie przez myśl, gdzieś tam
się pęta.
Ale bez skutku. Bo myślimy o czymś innym, bo pijemy kawę, bo byliśmy
w
dobrym miejscu w złym momencie, w złym miejscu w dobrym momencie.
Zdarza się.
Bo faktycznie najlepsze w życiu polega na wszystkich tych ciekawych
doświadczeniach, jakie cię jeszcze czekają.
Stefano słuchał.
Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie spotkałam nikogo, kto potrafiłby
robić to z taką uwagą.
Obawiam się magii otaczającej ciała tych dusz, które nas bardziej pociągają.
Dlaczego jednak kończy się tym, że przyciągają nas ci, do których
jakaś
część naszego serca nie przekonuje się całkowicie?
Naucz nas, co pożyteczne, pamięć wzrusz, co ledwie zipie.
Innym możesz wydawać się kobietą, możesz się okłamywać, że nią jesteś. Ale ja
cię znam. Jesteś i zawsze będziesz przestraszoną dziewczynką z długimi
warkoczami. Cudowną, przestraszoną dziewczynką z długimi warkoczami. Która nie
potrafi prowadzić samochodu, nie potrafi zatroszczyć się o siebie, nie umie
jeść, jak należy, potyka się – wewnątrz, o swoje strachy, i na zewnątrz.
Potrzebuje mężczyzny, który, choć na swój sposób, potrafi zadbać o tę
dziewczynkę. Mężczyzny, który przeczuwa to, co nawet jej samej umyka.
Potrzebujesz mnie, Magoo. Bo przecież czemuś się załamałaś, kiedy pojechałem z
Dublina do Nowego Jorku?
I dlaczego jeszcze się nie podźwignęłaś? Bo mnie potrzebujesz. Właśnie
dlatego.
Ale myślę, że są osoby, do przyjęcia których wcale nie musimy się zmuszać: one
weszły do naszego życia, choć nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chociaż
może czasem co innego myślimy. I tak samo są osoby, do których odsunięcia
z naszego życia też nie musimy się zmuszać. One faktycznie już są poza nim. I
one też usunęły się z
niego, choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.
‒ Zmiana to śmierć.
‒ Chiaro?
‒ Tak?
‒ Zmiana to życie.
Myślenie małymi literami? Obawiam się, że to konieczne.
‒ Nie mam już ukochanego. Nie mam już domu, który uważałabym za naprawdę mój,
nie mam już pracy, która mi sprawiała przyjemność. Nie mam już punktu oparcia.
O właśnie. Ale
życie krąży dokoła tego punktu oparcia, którego nie mam, i chyba nie jest
tak źle.
‒ No właśnie, Chiaro, to właśnie życie jest jedynym możliwym punktem
oparcia. Jest punktem oparcia i krąży pani z nim razem. Z życiem.
Fratto X jest przedstawieniem o ogromnym, nieuniknionym uproszczeniu, któremu
nikt nie umknie: właśnie o naszym ujarzmieniu. O tym Ja, które powinno być
przyjazne, a które tymczasem nas niszczy.
Flavia stworzyła na scenie dwa gigantyczne jasne punkty: para wielkich zasłon
umieszczonych na skraju sceny,
które od razu, na pierwszy rzut oka, przekazują wszystko, uwolnienie, które
powinno doprowadzić do bycia samym sobą. I uwięzienie, którym mimo to się
staje.
Myślę, że poddajemy się temu ujarzmieniu, które z samej swej natury jest
błędne: to prawda.
Ale jesteśmy też sterroryzowani tymi ograniczeniami, które same z siebie są
potrzebne.
Myślę o tym, że rozdzielenie nie oznacza koniecznie końca nadziei.
A nawet może dać nadzieję na wieczne trwanie.
I myślę o tym, co przeżyłam, o tym, co przeżyję, o tym, co przeżywam teraz.
Bo w tych nieskończonych uproszczeniach, dzięki którym mamy nadzieję się
uratować, a w których się gubimy, jest jedna rzecz, jedna tylko, która nie może
zawrócić, której nie możemy oszukać.
Tą rzeczą jest czas.
Który jest czymś najmniejszym, jeśli jesteśmy szczęśliwi.
I czymś przeogromnym, jeśli jesteśmy zrozpaczeni.
A przecież jest.
W długiej, męczącej, cudownej serii dziesięciu minut, które mamy do
dyspozycji.
Mamy okazję zrobienia tego, co tylko chcemy, przez większą część tych
dziesięciu minut.
Są jednak chwile, kiedy po prostu nie udaje nam się schwycić okazji.
Są takie momenty, które chcielibyśmy nawet odwołać.
Takie chwile to kłamstwo.
Czasami jestem raczej pogodna, czasami bardzo smutna.
Wciąż nie mam nowego ukochanego.