piątek, 20 maja 2016

K: Dziewiąty mag. Zdrada

CYTATY
DZIEWIĄTY MAG
ZDRADA

Autor: A. R. Reystone
Ilość stron: 544
Znalezione w: Biblioteka Miejska
Data przeczytania: 2016-05-18


Jeśli nie mogę go mieć na zawsze, nie chcę go mieć na chwilę.

- Złaź ze mnie albo cię pożrę! Jestem smokiem! Uwłaszczasz mojej świętości! - protestował coraz rozpaczliwiej.
- Ty też uwłaszczyłeś świętości moich żeber, ale jakoś, do cholery, nie narzekam, więc zamknij się z łaski swojej!

Obudziła się wczesnym przedpołudniem w jego ramionach. Pomyślała, że chciałaby się tak budzić do końca swoich dni, jednak miała świadomość, że to ostatni taki poranek.

Jestem oficerem, to prawda, i muszę wykonywać rozkazy, ale mam też resztki honoru i godności osobistej. 

Nie będę ukrywał, co do ciebie czuję. To właśnie te uczucia, każą mi cię szanować i nie zmuszać do niczego. Już podjąłem decyzję. To koniec.

Nic nie musimy sobie wybaczać - powiedział. - Chyba tylko to, że przez własną głupotę zmarnowaliśmy tyle czasu. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że kiedy wrócę... wynagrodzę ci każdą minutę.

Wrócę.

Wzrok nie zawsze musi być zmysłem, na którym należy w takich sytuacjach polegać.

- Chyba będę musiał cię za to ukarać - szepnął w końcu ucieszony. - Może dziś wieczorem?
- Nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że kara będzie surowa, adekwatna do mojego przewinienia, i będziesz wytrwały w jej wymierzaniu.

Ty się jednak nie przemęczaj, cokolwiek masz zamiar robić. Nie dawno złożyłeś mi interesującą obietnicę i coś mi mówi, że dziś wieczorem będziesz musiał się z niej wywiązać.

Nasz los jest zapisany w chwili narodzin i nie możemy go zmienić, więc i ty tego nie próbuj. Tak widocznie miało być. Zrobiłeś dla niego wszystko, co możliwe. 

A czy wrócę? Nie wiem. Jeśli jest mi to pisane, jeszcze cie spotkam.

Każdy z nas miewa lepsze i gorsze dni. Nie wiem, co jest przyczyną twojego kryzysu, ale musi to być coś cholernie poważnego. Odpocznij, proszę.

Nie żądam, żebyś mi uwierzyła. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że Marcus zginął i to jego śmierć jest powodem, dla którego zachowuję się tak, jak sie zachowuję. Nie życzę sobie, byś mówiła, że Marcus zrobił mi krzywdę, bo w ten sposób obrażasz mnie, a przede wszystkim jego pamięć, jasne?!

Bliskość Marcusa dawała jej poczucie bezpieczeństwa, jakiego już nie oczekiwała.

Nie mogła jednak zapomnieć o tym, że za każdy dzień radości i szczęścia przyjdzie jej zapłacić podwójnie, cierpieniem i łzami. 

Nie unikniemy naszego losu. To, co jest nam pisane, i tak się spełni. To jest miłe, że chcesz mnie chronić, ale nie za cenę własnego szczęścia. Nie mam prawa przyjmować takiego poświęcenia z twojej strony. 

Przyszłość nie była więc czymś stałym, niezmiennym, ale zależała od jej życiowych wyborów. To tak, jakby stała na rozdrożu i nie miała pojęcia, w którą stronę pójść. Nie może iść kilkoma drogami naraz, trzeba którąś wybrać. No tak, tylko którą? I skąd będzie wiadomo, czy to nie będzie zła decyzja?

Nie patrz oczami, one złudzenie przyniosą.
Otwórz umysł i serce, a zobaczysz to, czego szukasz.
Pozwól, by otuliły Cię smocze skrzydła.
Poniosą Cię tam, gdzie zechcesz.
Pozwól, by ogrzał Cię smoczy oddech.
Nie zabraknie Ci sił do przemierzania świata. 
Pozwól, by język smoka liznął Twoje serce.
Nie strwożysz się nigdy i dokończysz dzieła.

Nie bez powodu mówi się, że za każdym mocnym mężczyzną stoi jeszcze mocniejsza kobieta, czyż nie?

Wył jak oszalałe zwierzę, opierając czoło o zwłoki kobiety, i całował żarliwie jej zimną dłoń. Rozpacz pomieszała mu zmysły, dławiła oddech i ściskała niczym żelazną obręczą serce.

Zresztą on chciał umrzeć. Bogowie, jakże bardzo tego pragnął! Świadomość tego, co uczynił, zabijała go powoli jak trucizna.

- Na Wielkiego Xavier'a! - zawtórował jej generał.
- Chryste, Zorian! Tyle razy prosiłam, żebyś przestał używać tego powiedzenia! Nie możesz jak człowiek po prostu powiedzieć: kurwa mać?!

Chcę delektować się każdą sekundą, którą spędzimy razem.

niedziela, 15 maja 2016

K: Akacja

CYTATY
AKACJA

Autor: David Anthony Durham
Ilość stron: 400
Znalezione w: chomikuj
Data przeczytania: 2013-08-29

Jeśli teraz nie jest odpowiedni moment na zmianę, to kiedy nadejdzie? Człowiek nie może czekać w nieskończoność na przebudzenie.

Powiedz dzieciom, że opowiadanie zostało napisane tylko do połowy. Powiedz im, by napisały resztę i umieściły obok najwspanialszej opowieści. Powiedz im. Ich opowieść stoi obok najwspanialszej opowieści, jaka kiedykolwiek została opowiedziana.

Uświadomiła sobie,że świat to taniec miliona losów, w którym ona jest tylko jedną z wielu dusz.

Nie miała wątpliwości, że gdyby rozpostarła skrzydła i rzuciła się z piskiem w powietrze, wyciągnęłyby się wszystkie ręce, by ją złapać. A jeśli można skoczyć z wysokości bez strachu, że się spadnie, to chyba posiadło się tajemnicę latania? Jak ptak, jak bóg.

Nikt z nas nie wybiera sobie ojca. Ani ty, ani ja, ani nikt inny. Uwierz mi jednak, kiedy człowiek rodzi się z jakimś powołaniem, nie powinien go odrzucać. Wielkim brzemieniem jest nie robić tego, do czego jest się przeznaczonym.

Nie wybieramy imion, które nadają nam inni, ani nie decydujemy o tym jak będzie nas pamiętać historia.

Możemy starać się osiągnąć wielkość, ale kto wie co nas spotka?

Czasami uderzało ją, jak bardzo jest zdradliwe poczucie czasu. Coś, co istniało kiedyś, nie może zaistnieć ponownie. To, czego się kurczowo trzymała - matka, ojciec - było tak samo ulotne, jak obrazy zaklęte w myślach. A na cóż się one zdawały? Nie można było ich dotknąć, zważyć w dłoni, ujrzeć prawdziwymi oczyma ani usłyszeć w powietrzu. Jej życie będzie takie jak sobie wyobrażała w najczarniejszych chwilach: znajdowała się na drodze utraty do wszystkiego, co kocha. Takie będzie jej życie, dopóki sama nie zniknie w paszczy tej samej nienasyconej ciemności. Nie umiała stawić temu czoła. A zatem nie próbowała. Przynajmniej do chwili, kiedy świat przyszedł do niej w postać, od której nie chciała się odwracać.

Właśnie słuchałem śpiewu tego ptaka. Słyszałeś go? Śpiewa rano, a potem wieczorem. Brzmi tak... jakby roztrzaskiwał się o kryształ. To znaczy ten dźwięk ma czystość, ostrą czystość roztrzaskującego się kryształu, lecz schwytaną w pieśni ptaka i uwolnioną w powietrzu.


K: Dziewiąty mag

CYTATY
DZIEWIĄTY MAG

Autor: A. R. Reystone
Ilość stron: 541
Znalezione w: Biblioteka Miejska
Data przeczytania: 2016-05-15

Jesteś poezją
Sonetem zapisanym przez Los
Na kartach mojego życia
Odczytuję cię co dnia
Upajając się tobą wciąż od nowa...

O rany, jestem jak średniowieczny rycerz, któremu bezinteresowne niesienie pomocy sprawia przyjemność. A gdzie nowoczesne pragnienie bogactwa? Gdzie wyzysk pacjenta za wszelką cenę? To mnie trzeba leczyć, gdyż zupełnie nie przystaję do tych brutalnych, egoistycznych czasów.

Nigdy się nie dowiesz, jeśli nie zapytasz, prawda?

Teraz oboje już wiedzieli. Ale wiedzieć to nie znaczy znów kochać.

Znajomość z wami to dla mnie wielka przyjemność i ogromny zaszczyt.

środa, 6 kwietnia 2016

K: Przez 10 minut

CYTATY
PRZEZ 10 MINUT

Autor: Chiara Gamberale
Ilość stron: 191
Znalezione w: Nataly
Data przeczytania: 2016-04-06



W każdej ludzkiej istocie istnieją ukryte
zdolności,
poprzez które istota owa może połączyć się
z wiedzą całego świata.

Bezkształtna masa, porozrywana, poraniona, której jedynym stałym punktem było trwałe poczucie straty. 


Po jakimś czasie nieznośny ból przeminął, ale to znaczyło, że nie miałam już nawet i jego do towarzystwa. 


Zakochałam się, z wzajemnością, potem bez wzajemności, potem byłam porzucona, ale potem nie, znudzona, nudna, upragniona, utracona, kretynka, żona. Zawsze jednak chroniona. 

Od przemocy rzeczywistości, mówiłam. Od odpowiedzialności bycia naprawdę dorosłą, przynajmniej tutaj, mówili inni: dopóki masz do przejścia tylko kawałek sadu, żeby być w domu rodziców, to i tak to tylko udawanie, rozumiesz? 

Prawda jest taka, że nie dojrzewa się razem tak po prostu albo z powodu magii. Przeciwnie – trzeba przy tym ogromnie uważać. 


Po prostu czuję, jak brakuje mi powietrza, a ciało niezależne ode mnie zaczyna się unosić w czymś w rodzaju

plastikowej torby. A na zewnątrz tej torby cały świat.

Mimo wszystko… 

W sumie…
Warto iść naprzód.

Nic się na to nie poradzi: kiedy zamyka się drzwi – pustka się rozrasta.


‒ No to teraz spróbuj w końcu spojrzeć w oczy tej pustce.

‒ Brzydkie.
‒ Co?
‒ Oczy pustki.
‒ Biedna pustka. Jest tylko trochę zezowata. 

Najpierw poczułam się z tym dość podle: miałam wrażenie, że ja też zdradziłam Mojego Męża, zaczynając znów oddychać, jeść, pisać.

Znaczy żyć dalej. 

Czasami się przewracam, ale może, kto wie, właśnie wtedy biorę rozbieg. 


Przychodząc na świat, dostajemy w darze piękny instrument: musimy stanąć na jego wysokości.

Poza tym, że jest piękny, instrument ten jest również niezwykle delikatny: a naszym, tylko naszym zadaniem jest użycie go z pełną mocą. 

Ale za każdym razem, kiedy widzę jego imię na wyświetlaczu aparatu, wciąż jeszcze mam nadzieję.


Znać kogoś naprawdę to coś tak złożonego, rzadkiego, nieodwracalnego. Znać kogoś naprawdę to na zawsze. 


Weź sobie tę swoją czułą, ja jestem światło-czuła.


,,Nikt nie przeczy, że rzeczą konieczną jest kształcenie młodych. Niektórzy wszakże wciąż utrzymują, że można to uczynić, nie obarczając ich konkretną odpowiedzialnością, nie dając swobody wyboru programów, dróg, a więc bez podejmowania ryzyka pomyłki''.


W życiu najważniejsza jest odwaga. Skosztujmy, bądź dzielna. 


W tej ciemności, która nagle mnie otoczyła, zniknęło wszystko: wszystkie gdzie, wszystkie dlaczego, wszystkie ja, ty. Nie mówiąc już o my. 


Są chwile, kiedy przysypia w fotelu z otwartymi ustami przy którymś odcinku Simpsonów albo kiedy zamyśla się nad jakimś zadaniem z prawa i nie wiadomo, o czym myśli, nie wiadomo, z jakimi nieprawdopodobnymi upiorami walczy, dopóki nie zorientuje się, że patrzę na niego. Wtedy spogląda na mnie, szeroko otwiera czarne, aksamitne oczy i uśmiecha się. Właśnie, przede wszystkim chwilami biorę od Ato nadzieję.

Nadzieję na możliwości istnienia „my”. Tak w ogóle, na świecie. Tak w szczególe, dla mnie. 

I trochę się uśmiecham.

Trochę się boję.
Vicarello, Moja Rubryka, Mój Mąż to moje przytulanki, z którymi od ponad roku cała spięta zasypiam i cała spięta się budzę.
Cuchną i nie mają już miękkiego futerka, ale kiedy przyzwyczaisz się do jakiejś przytulanki, trudno ją porzucić.

Cudowne jest unikanie go razem z kimś, kogo kochasz; właśnie ta ucieczka staje się prawdziwym Bożym Narodzeniem. Tak myślałam.

Obydwoje tak sobie tym zawróciliśmy głowę, że serca zostawiliśmy strasznie daleko. 

‒ Czy to dobrze, że miasto tak się zachowuje wobec Marsjan i wobec tych, którzy dziwnie chodzą? – pyta.

‒ Nie, bo wtedy oni czują się samotni. 

Kto zajmie się wszystkimi tymi częściami nas, które osiemnaście lat temu zostały wymyślone przez to drugie i które przez osiemnaście lat to drugie utrzymywały przy życiu? 


Zdarzyło mi się, że zaczęłam się śmiać. To się zdarza i 

nawet nie potrafisz wyjaśnić dlaczego, i właśnie dlatego robisz to dalej. No właśnie. Mnie się zdarzyło przynajmniej dwa i pół raza w ciągu tygodnia. 

‒ Znać kogoś naprawdę to coś tak nieodwołalnego, że…

‒ Że?
‒ Że kiedy to się zdarza, to już na zawsze. Prawda? To znaczy można rozwijać się, zmieniać. Ale dusza pozostaje ta sama. 

W tym entuzjazmie osiemnastolatki zobaczyłam siebie w jej wieku, w jej obawach zobaczyłam moje, oszołomiła mnie zuchwałość jej 

radosnego uśmiechu i gdzieś głęboko pojawiła się pewność, jakiej zaznałam niewiele razy w życiu. Ta osoba nie udaje, naprawdę czuje tylko i wyłącznie sercem, myśli naprawdę swym umysłem.
Zapragnęłam uścisnąć ją i zachęcić, by dalej była taka, jak jest; ale też chronić, bo świat potrafi być okrutny wobec kogoś, kto przeciwstawia mu się prawdziwą myślą, prawdziwym uczuciem.

Kompletnie absurdalne jest to życie, kiedy nie chodzi o nas. 


‒ Pani Bovary nigdy nie ma dosyć tego, co ma, ani nie ceni tego, podczas gdy Bercie wystarcza niewiele.

‒ No tak – przyznaje profesor.
‒ I te mniejsze aspiracje bez wątpienia umożliwiają Bercie lepsze przystosowanie się do życia. 

Czy gdybym nie umartwiała się nostalgią za Vicarello i za Moją Rubryką, byłabym lepiej przystosowana do życia? Więc czym jest to, co nazywamy szczęściem? A może to jest sposób na rezygnację z czegoś? Ze szczęścia? Musimy więc wybierać? Wszyscy? 


„Jeśli dotkniesz tej osoby, będziesz naprawdę zadowolony i szczęśliwy, nieustająco, a jakaś część ciebie umrze na zawsze”. 


Jest piękna?

Jest brzydka?
Jest jego. 

Życie jest absurdalne, nudne i fantastyczne, kiedy nas nie dotyczy. 


Moją pewność, moje obawy, również swojskiej jak wszystko to, do czego w końcu skrycie się przyzwyczajasz.

Tymczasem obecne obawy są nowe: nawet nie wszystkie je rozumiem.
Pewność przepadła. 

Są pewne rzeczy, które rodzice będą robili przez całe życie, a może nawet kiedy już umrą.

Kropka. My ich nie robimy albo robimy je źle, właśnie dlatego, że to jest absolutnie jasne: „popatrzcie tylko, jak myślą o was mama i tata”.
Mama i tata myślą o nas.

Opowiedział mi, że właśnie zapisał się na kurs prawa jazdy, i kto wie, może kiedy wpadłam już po uszy w te jego żółte oczy, wpadłam też na pomysł, że zawsze on będzie prowadził. Samochód. Motorynkę. Mnie. 


Jest zbyt arogancki, żeby prosić – cię o wybaczenie, twierdzi Gianpietro. Bo jest zbyt słaby, żeby samemu sobie wybaczyć – twierdzę ja.



Mówi, że wpatrywałam się w niego jak w bóstwo i że sprawiałam, że czuł się jak bóstwo.


Czemu już nie widzę w tobie bóstwa, ale po prostu mężczyznę, którego kocham? I czy nie lepiej być kochanym niż ubóstwianym? Czy być kochanym to nie wszystko? 


Mówi: oczywiście mam różne problemy z tym czymś niesamowitym, ale nie jest tak, że gdzieś tam w głębi wszyscy je mamy?


Co?

Co się stało?
Stało się to, że Mój Mąż zagubił gdzieś w sobie drogę do domu i potrzebowałby kogoś, kto jak Tomcio Paluch poukładałby mu kamyczki jeden za drugim i pokazał ścieżkę. 
Potrzebowałby mnie. Ale po traumie porzucenia mnie ja sama w środku też zagubiłam tę drogę. Ja też potrzebowałabym Tomcia Palucha. Potrzebowałabym jego. 

Chciałabym ją objąć, utulić, zasnąć koło niej.

Chciałabym ją zapewnić, że nie ma na to sposobu, że w takich chwilach trzeba upaść: na ręce, kolana, na serce, płuca. Na wszystko. Trzeba dojść aż do głębi, umartwić się.
Chciałabym jej obiecać, że choć tego nie wie, nie może sobie teraz tego wyobrazić, przyjdzie dzień, w którym odkryje, że przeżyła. 

Mam uczucie, że każdy dzień pokazuje temu, który po nim nadchodzi, jakiś rodzaj możliwości. Która nawet potem może się nie zrealizować, ale ma co robić z fantazją i perwersją tego, co dla wygody nazywamy życiem. Tak to ujmijmy. I ze świadomością, że my mamy dużo mniej fantazji czy perwersji od niego. Coś w tym rodzaju. 


‒ Wystarczy tak niewiele, prawda?

‒ Żeby co zrobić?
‒ Żeby nasze schematy emocjonalne i mentalne, od których nieświadomość czuje się chroniona i które uważamy za granice naszej tożsamości, okazały się faktycznie jej ograniczeniami. 

Obsesje nie szkodzą, jeśli się je lekceważy, Chiaro. Co więcej: lekceważenie to jedyny sposób, by się ich pozbyć. 


‒ W takim, że to nie on mówi.

‒ A kto, przepraszam?
‒ Strach. Strach o margines ruchów, jaki zostaje, kiedy odnajdujemy 
szczęście. W tym momencie jest sam w tym szczęściu. A on nie potrafi.
‒ Proszę mi to dokładniej wyjaśnić.
‒ Wiec tak: to właśnie on pomógł mi nabrać do siebie samej zaufania, on, bardziej lub mniej świadomie, oswoił moje niepewności, zachęcił do wysłania do wydawnictwa mojej pierwszej powieści. A dziś nie zniósłby osoby, jaką się stałam właśnie dzięki niemu? To jakiś paradoks. 

A lampiony tańczą, migoczą w mroku nocy.


Myślę o wieży Roszpunki. 

Wewnątrz wieży macocha, jej przekonania, jej obawy.
Na zewnątrz cały świat.
Wewnątrz moje przekonania, moje obawy.
A na zewnątrz?
Na razie, jeszcze przez dziesięć minut, dwa lampiony. 

Ale potem przyszedł ten ranek. Kiedy w cudowny sposób poczułam, że to, co bolało, nie boli już tak bardzo. A raczej, że zaczęłam się do tego bólu przyzwyczajać. I że w taki czy inny sposób jakoś mogłam iść naprzód.

A może nawet to robię. 

‒ Jesteś pewna, że chcesz ją zatytułować Cztery gramy miłości poproszę?

‒ Tak. Przecież właśnie o to chodzi, prawda? Obie bohaterki pragną trochę miłości, każda na swój sposób. Nie za dużo. Nawet nie pół kilo. I gotowe są nawet dziękować temu, kto je nią obdaruje. 

Jesteśmy więc odmienni. Całkiem odmienni jedni od drugich. Czytamy z nudy, z ciekawości, uciekając od życia, jakie prowadzimy, żeby spojrzeć mu prosto w oczy, żeby wiedzieć, żeby zapomnieć, żeby oswoić zmory krążące między głową a sercem, żeby je uwolnić. Nie jesteśmy do siebie w niczym podobni, nawet jeśli trzymamy w rękach, kochamy, nienawidzimy i jeśli

na Boże Narodzenie podarujemy temu, kto jest nam najdroższy, tę samą książkę.
W niczym nie jesteśmy do siebie podobni.
Na nieszczęście, i właśnie dlatego – tak: nie ma wątpliwości.
Istniejemy. 

Jakaś część mojego mózgu dobrze wiedziała, gdzie on jest: najwyraźniej miejsca, tak samo jak osoby, rozbłyskują i ujawniają się na świecie nie tylko dlatego, że jest dla nich przestrzeń, ale dlatego, że ma to sens tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi do zrozumienia go. Kiedy ich potrzebujemy. 


Myślę o tych wszystkich rzeczach, które inni robią za nas, dla nas: czy powinniśmy im być za to wdzięczni? No pewnie. Chociaż te same osoby, zdejmując z nas ciężar obowiązku, zabierają nam też możliwość zdobywania doświadczenia. Czy jest to ich wina? Czasami. Nasza? 

Zawsze. 

Ekscytujące. Naprawdę. Zanurzyć ręce w torbie pełnej ziemi i napełnić nią dwie doniczki – to jest ekscytujące. Zupełnie inaczej niż youporn. Po plecach przechodzą mi dreszcze. Już od ponad roku nie czułam, że mam ciało.

A jednak chyba wciąż je mam. 

„Dopóki śmierć was nie rozłączy”. Nieodwołalnie. A tymczasem rozłączyło nas życie. 


To strasznie trudne nie być do dyspozycji osoby, którą kochamy, Chiaro. Ale czasami trzeba. Ta bezwzględna dyspozycyjność nie pomaga ani nam, ani jej. 


Chciałabym wrócić do czasu, kiedy były tylko te dwa słowa. Zwykłe słowa. Które wystarczały za wszystkie inne. 


Chciałabym, żeby ktoś je powiedział do mnie, jeśli on już nie może ich powiedzieć.

Chciałabym je komuś powiedzieć, jeśli już nie mogę ich powiedzieć jemu. 

W każdym razie, gdyby świat miał się dziś skończyć, powiedziałam „kocham cię” i w zamian dostałam odpowiedź „wszystko w porządku?”.

Czyli to znaczy, że powiedzieć „kocham cię” to coś nienormalnego, że ja nie jestem normalna, mówiąc to.
Czyli nie wolno mi już tego mówić.

„Pragnienie rodzi się z tego, co obserwujemy każdego dnia” 


„cierpi to, co się zmienia, nawet by stać się lepsze”


Ponieważ zawsze łatwiej powiedzieć coś istotnego w czasie realnym; rzeczywistość toczy się po swej przenikliwości, po oburzeniu, po nonsensach. A my razem z nią.


Zrobiłabym wszystko, a jednak kto wie kiedy, kto wie jak, moja uwaga rozproszyła się gdzieś. Przestałam się pilnować. Wkradła się rzeczywistość. I stała się silniejsza od nas.


TO ZNACZY WYBIERAJ: DO ŚRODKA ALBO NA ZEWNĄTRZ, ALE JAK STOISZ W BRAMIE, BLOKUJESZ MI RUCH! 


Zamiast zanudzać, woli zapaść się w jakąś otchłań i zadawać ból sobie samemu. 


Jak gdybyśmy byli Świętym Mikołajem. 

Pomnożonym przez trzy.
Bez wielkiego brzucha, bez pośpiechu, bez serca przepełnionego radością, gotowego rozdawać ją innym.
W sercu tego potrójnego Świętego Mikołaja są dziury, rozdarcia, szramy, małżeństwo w kryzysie, ojciec niezdolny do zrozumienia, utracona rodzina w Erytrei.
I potrzeba bezbolesnego przetrwania przez najbliższe dziesięć minut. 

Od kiedy moje życie jest puste, nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak pełne. 


Bo miłość naprawdę jest przewrotna.

Kiedy jest, rozmawiasz z jedną tylko osobą o wszystkich innych.
Kiedy nadchodzi kryzys, rozmawiasz ze wszystkimi osobami o jednej tylko osobie. 
Jedynej, z którą nie udaje ci się już rozmawiać.
I dzień po dniu ta osoba staje się coraz mniej osobą: przez to mówienie o niej, zamiast żyć intensywniej, ona staje się punkcikiem. Hologramem. 
Czymś niewyraźnym, zwodniczym, pustym. 

Niezależnie od nieskończonych, natychmiastowych możliwości, czy istnieje coś takiego dla kogoś, kto ma jakiś problem, chce powiedzieć światu: „Hej, mam problem!” i usłyszeć, że ktoś odpowiada, wszystko jedno czy z 

obowiązku, czy z zainteresowania: „Jaki problem?”. 

Czy sugerujesz, że tak naprawdę szukam sposobu, żeby rozstać się lepiej, niż się rozstaliśmy? I że on robi to samo? 


‒ A jeśli ktoś cię zrani, trudno się z tym pogodzić, ale trwasz. Boisz się, że tracąc jego, stracisz całą siebie.

‒ Ale tak nie jest. Ty jesteś tobą. Z mężem lub bez niego. 

O nas, czyli o kim?

O dwojgu ludziach, którzy się kochali, może za bardzo.
Którzy jeszcze się kochają.
I mogliby mieć okazję, by do siebie wrócić.
Ale chyba szukają okazji, by lepiej się rozstać.
Co nie jest możliwe.
Dla nich ani dla innych, jeśli dochodzi się do tego punktu.
W którym istnieje ryzyko, że wreszcie czujemy się odrobinę wyjątkowi. 

A w niektórych momentach fantastyczni.

W domu. 

Cały świat symboli, obietnic i przestróg rozwija się w mojej głowie jak kolorowy obrus na kuchennym stole. 


Zaryzykuj.

Nie opieraj się zmianom. 

Co powinnam zrobić, żeby wydostać się z tych ruchomych piasków, w jakie zmieniło się moje życie? 


Wracajmy razem. Naprawdę i na zawsze. 


A ponieważ właśnie tego 

dzisiaj mi brakuje - jakiejkolwiek nadziei.

Cały świat wydawał mi się ogromnym, niemożliwym do pokonania wrogiem.


I zrozumiałam natychmiast, że to przyjaciółka. Taka, która sam na sam z kimś, u kogo najwyraźniej widać, że nic nie jest w porządku, nie boi się go zapytać: „Wszystko w porządku?”. A przede wszystkim nie boi się wziąć na siebie ciężaru odpowiedzi. 


Trzeba je przeżyć, to życie, powiedziała wczoraj. Trzeba brać wszystko to, co dobre, prawda? A jeśli mnie się nie udaje kochać jednego mężczyzny na raz, to co mam zrobić? Zabić się?

Nie mam pojęcia, co to znaczy.
Mam na myśli: kochać dwóch mężczyzn. 

A może i prawda. Podobałem ci się. Ale byłaś do szaleństwa, rozpaczliwie zakochana w twoim mężu. Nie było miejsca dla nikogo innego. A w każdym razie nie dla kogoś, kto czułby do ciebie to, co czułem ja.


To nie było tak, że tylko mi się podobałaś, Chiaro. Ja po prostu szalałem, szalałem na twoim punkcie. 

Jeśli chcesz, dam ci do przeczytania mój dziennik z tych miesięcy. Jeszcze pamiętam, co napisałem w dniu, gdy ciebie poznałem. „To jest ktoś, z kim chciałbym spędzić resztę życia i patrzeć, jak się śmieje”, tak napisałem.

Chciałabym teraz zniknąć. Natychmiast. Chciałabym zniknąć natychmiast. Próbuję się uśmiechnąć. Chce mi się jednak płakać. I jedna łza nie wytrzymuje. Płynie.

Stefano wyciera ją palcem. Przesuwa palcem po moich ustach. Tak, jak on to potrafi: delikatnie.  

Stefano otwiera ramiona, mówi: „Chodź” i mnie przytula. Obejmuje mnie tak, jak obejmuje się babcię, która kończy sto lat, dziecko, które właśnie rozbiło sobie kolano, jak się obejmuje miłość grzeczną, niewinną, bez przeciwwskazań, miłość, która mogła się stać, ale się nie stała i nie stanie. 


Poddać się woli kogoś innego, choćby tylko na dziesięć minut, daje mi poczucie, że nie jestem dzisiaj tak strasznie sama.

Chociaż jestem.
Chociaż jestem strasznie samotna. Sama. 

Po prostu, wśród tych wszystkich błogosławionych i przeklętych zjawisk, które rozdzierają zasłonę ogólnej obojętności i zmuszają do otworzenia się na zbiorową wyobraźnię, zdarza się, że coś, co ci przemknie przez myśl, gdzieś tam się pęta.

Ale bez skutku. Bo myślimy o czymś innym, bo pijemy kawę, bo byliśmy w 
dobrym miejscu w złym momencie, w złym miejscu w dobrym momencie.
Zdarza się. 

Bo faktycznie najlepsze w życiu polega na wszystkich tych ciekawych doświadczeniach, jakie cię jeszcze czekają.


Stefano słuchał.

Nigdy, ani wcześniej, ani później, nie spotkałam nikogo, kto potrafiłby robić to z taką uwagą. 

Obawiam się magii otaczającej ciała tych dusz, które nas bardziej pociągają.

Dlaczego jednak kończy się tym, że przyciągają nas ci, do których jakaś 
część naszego serca nie przekonuje się całkowicie? 

Naucz nas, co pożyteczne, pamięć wzrusz, co ledwie zipie.


Innym możesz wydawać się kobietą, możesz się okłamywać, że nią jesteś. Ale ja cię znam. Jesteś i zawsze będziesz przestraszoną dziewczynką z długimi warkoczami. Cudowną, przestraszoną dziewczynką z długimi warkoczami. Która nie potrafi prowadzić samochodu, nie potrafi zatroszczyć się o siebie, nie umie jeść, jak należy, potyka się – wewnątrz, o swoje strachy, i na zewnątrz. Potrzebuje mężczyzny, który, choć na swój sposób, potrafi zadbać o tę dziewczynkę. Mężczyzny, który przeczuwa to, co nawet jej samej umyka. Potrzebujesz mnie, Magoo. Bo przecież czemuś się załamałaś, kiedy pojechałem z Dublina do Nowego Jorku? 

I dlaczego jeszcze się nie podźwignęłaś? Bo mnie potrzebujesz. Właśnie dlatego. 

Ale myślę, że są osoby, do przyjęcia których wcale nie musimy się zmuszać: one weszły do naszego życia, choć nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Chociaż może czasem co innego myślimy.  I tak samo są osoby, do których odsunięcia z naszego życia też nie musimy się zmuszać. One faktycznie już są poza nim. I one też usunęły się z 

niego, choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. 

‒ Zmiana to śmierć.

‒ Chiaro?
‒ Tak?
‒ Zmiana to życie. 

Myślenie małymi literami? Obawiam się, że to konieczne. 


‒ Nie mam już ukochanego. Nie mam już domu, który uważałabym za naprawdę mój, nie mam już pracy, która mi sprawiała przyjemność. Nie mam już punktu oparcia. O właśnie. Ale 

życie krąży dokoła tego punktu oparcia, którego nie mam, i chyba nie jest tak źle.
‒ No właśnie, Chiaro, to właśnie życie jest jedynym możliwym punktem oparcia. Jest punktem oparcia i krąży pani z nim razem. Z życiem.

Fratto X jest przedstawieniem o ogromnym, nieuniknionym uproszczeniu, któremu nikt nie umknie: właśnie o naszym ujarzmieniu. O tym Ja, które powinno być przyjazne, a które tymczasem nas niszczy. 


Flavia stworzyła na scenie dwa gigantyczne jasne punkty: para wielkich zasłon umieszczonych na skraju sceny, 

które od razu, na pierwszy rzut oka, przekazują wszystko, uwolnienie, które powinno doprowadzić do bycia samym sobą. I uwięzienie, którym mimo to się staje. 

Myślę, że poddajemy się temu ujarzmieniu, które z samej swej natury jest błędne: to prawda.

Ale jesteśmy też sterroryzowani tymi ograniczeniami, które same z siebie są potrzebne.
Myślę o tym, że rozdzielenie nie oznacza koniecznie końca nadziei.
A nawet może dać nadzieję na wieczne trwanie. 

I myślę o tym, co przeżyłam, o tym, co przeżyję, o tym, co przeżywam teraz.

Bo w tych nieskończonych uproszczeniach, dzięki którym mamy nadzieję się uratować, a w których się gubimy, jest jedna rzecz, jedna tylko, która nie może zawrócić, której nie możemy oszukać.
Tą rzeczą jest czas.
Który jest czymś najmniejszym, jeśli jesteśmy szczęśliwi.
I czymś przeogromnym, jeśli jesteśmy zrozpaczeni.
A przecież jest.
W długiej, męczącej, cudownej serii dziesięciu minut, które mamy do dyspozycji.
Mamy okazję zrobienia tego, co tylko chcemy, przez większą część tych dziesięciu minut.
Są jednak chwile, kiedy po prostu nie udaje nam się schwycić okazji. 

Są takie momenty, które chcielibyśmy nawet odwołać.

Takie chwile to kłamstwo. 

Czasami jestem raczej pogodna, czasami bardzo smutna.

Wciąż nie mam nowego ukochanego.