CYTATY
PAPIEROWE MIASTA
Ilość stron: 400
Znalezione w: zwiastun filmu -> chomikuj
Data przeczytania: 2015-07-24
A potem, gdy wyszłyśmy na drogę, by stamtąd popatrzeć na jej ukończony lampion,
powiedziałam, że podoba mi się sposób, w jaki światło prześwieca tę twarz migoczącą w ciemności.
fragment wiersza Jack O`Lantern z tomu Atlas Katriny Vandenberg
Ludzie mówią, że przyjaciele nie niszczą się nawzajem.
Cóż oni wiedzą o przyjaciołach?
fragment piosenki Game Shows Touch Our Lives zespołu The Mountain Goats
Osobiście widzę to tak: każdemu przydarza się jakiś cud. Umówmy się, że prawdopodobnie nigdy nie trafi we mnie piorun, nie zdobędę Nagrody Nobla, nie zostanę dyktatorem niewielkiego państwa na jednej z wysp Pacyfiku, nie zapadnę na nieuleczalny nowotwór ucha ani nie ulegnę spontanicznemu samozapłonowi. Jeśli jednak wziąć po uwagę wszelkie nieprawdopodobne historie, zapewne okaże się, że przynajmniej jedna z nich przytrafia się każdemu. Mogłem zobaczyć deszcz żab. Mogłem postawić nogę na Marsie. Mogłem zostać pożarty przez wieloryba. Mogłem ożenić się z królową Anglii albo przetrwać kilka miesięcy na morzu. Jednak mój cud był inny.
Do cholery, ludzie, których nie znam, umierają przez cały czas. Gdybym miał przechodzić załamanie nerwowe za każdym razem, kiedy na świecie wydarza się coś okropnego, byłbym bardziej szurnięty niż wściekły makak.
Margo zawsze kochała tajemnice. W obliczu wydarzeń, które nastąpiły potem, nigdy nie opuszczała mnie myśl, że być może kochała je tak bardzo, że sama stała się tajemnicą.
Znalezienie ci partnerki na bal jest tak przygniatającym zadaniem, że samej hipotezy jego realizacji używa się do rozkruszania diamentów.
Znalezienie ci partnerki na bal jest tak poważnym problem, że rząd Stanów Zjednoczonych uważa, iż nie sposób rozwiązać go na drodze dyplomatycznej i konieczne jest użycie siły.
- Czy retoryczne oskarżenia o pasywną agresję nie są w swej naturze pasywno-agresywne?
Dziś w nocy, kochanie, będziemy naprawiać wiele złego. A także popsujemy trochę dobrego. Ostatni będą pierwszymi; a pierwsi ostatnimi; pokorni posiądą trochę ziemi. Jednak zanim radykalnie zmienimy oblicze świata, musimy pójść na zakupy.
Widzisz, jestem gorącą zwolenniczką przypadkowego użycia wielkich liter. Obowiązujące zasady są okropnie krzywdzące wobec wyrazów w środku zdania.
College: zostać przyjętym albo nie zostać przyjętym. Kłopoty: pakować się albo się nie pakować. Szkoła: dostawać szóstki albo dostawać jedynki. Kariera: robić albo nie robić. Dom: duży albo mały, kupić albo wynająć. Pieniądze: mieć albo nie mieć. To wszystko jest takie nudne.
Wiedziałeś, że na dobrą sprawę przez większość historii rodzaju ludzkiego przeciętna długość życia wynosiła mniej niż trzydzieści lat? Mogłeś liczyć na jakieś dziesięć lat właściwego dorosłego życia, czaisz? Nikt nie planował życia na emeryturze. Nikt nie planował kariery. W ogóle nikt nic nie planował. Nie było czasu na planowanie. Nie było czasu na przyszłość. Ale potem długość życia zaczęła się wydłużać i ludzie mieli coraz więcej i więcej przyszłości, zaczęli więc spędzać coraz więcej czasu na rozmyślaniu o niej. O przyszłości. A dzisiaj życie stało się przyszłością. W każdym momencie swojego życia człowiek żyje dla przyszłości - idzie do szkoły średniej, żeby móc pójść do college’u, żeby dostać dobrą pracę, żeby kupić ładny dom, żeby było go stać na posłanie dzieci do college’u, żeby one dostały dobrą pracę i mogły posłać swoje dzieci do college’u.
„Światło, Światła Niewidzialnego widzialne przypomnienie”
Zawsze wydawało mi się absurdalne, że ludzie chcą się z kimś zadawać tylko dlatego, iż ten ktoś jest ładny. To jakby wybierać płatki śniadaniowe ze względu na kolor, a nie na smak.
Dlatego że przez sześć tygodni mnie zdradzał? Dlatego że zaraził mnie Bóg raczy wiedzieć jaką chorobą? Dlatego że jest odrażającym idiotą, który prawdopodobnie przez całe życie będzie bogaty i szczęśliwy, potwierdzając tym samym absolutną niesprawiedliwość kosmosu?
Jeśli kiedykolwiek stanę się jedną z tych, co to mają jedno dziecko i siedem sypialni, wyświadcz mi przysługę i mnie zastrzel.
Jednak było w tym coś więcej. Nie można oddzielać Margo osoby od Margo ciała. Nie można widzieć jednego, nie widząc jednocześnie drugiego. Patrząc w oczy Margo, widzi się zarazem ich niebieskość i ich „margowość”. W ostatecznym rozrachunku nie można stwierdzić, czy Margo Roth Spiegelman jest gruba, czy chuda, podobnie jak nie można stwierdzić, czy wieża Eiffla jest samotna, czy nie.
Choć widziałem ją obok siebie, poczułem się całkiem sam pośród tych wysokich i pustych budynków, jakbym ocalał z apokalipsy i otrzymał świat w darze, cały ten niesamowity i nieskończony świat, czekający, bym zaczął go odkrywać.
- Robi większe wrażenie - powiedziałem na głos. - No wiesz, z pewnej odległości. Nigdzie nie widać oznak upływu czasu. Nie widać rdzy ani chwastów, ani odpryśniętej farby. Możesz zobaczyć to miejsce takie, jakie ktoś je sobie kiedyś wyobraził, rozumiesz?
- Z bliska wszystko jest brzydsze
- Oto, co nie jest w tym piękne: stąd nie możesz zobaczyć rdzy ani popękanej farby, ani całej reszty, ale możesz stwierdzić, jakie to miejsce jest naprawdę. Możesz się przekonać, jakie to wszystko jest sztuczne. Nie jest nawet na tyle trwałe, by je nazwać miastem z plastiku. To papierowe miasto. Mówię ci, tylko popatrz, Q: popatrz na te wszystkie ślepe zaułki, ulice, które zawracają same na siebie, wszystkie te domy wybudowane po to, by się rozpaść. Na wszystkich tych papierowych ludzi mieszkających w swych papierowych domkach i wypalających swoją przyszłość, byle tylko siedzieć w cieple. Na wszystkie te papierowe dzieciaki pijące piwo, które kupił im jakiś menel w papierowym całodobowym. Każdy opętany jest manią posiadania przedmiotów. Cienkich jak papier i jak papier kruchych. No i wszyscy ci ludzie. Mieszkam tu osiemnaście lat i ani razu w swoim życiu nie spotkałam kogoś, komu zależałoby na czymkolwiek istotnym.
Nie chcę, by kutafon pomyślał, że jest dla mnie na tyle ważny, iż zadaję sobie trud, by dać mu popalić.
To było przyjemne - stać tam w ciemności i ciszy, bez ryzyka, że jakimś słowem wszystko schrzanię, i widzieć, jak jej oczy odwzajemniają moje spojrzenie, jakby także we mnie było coś, na co warto popatrzeć.
Ja cię wybrałam. A ty wybrałeś mnie. - Teraz na mnie spojrzała. - A to jak obietnica. Przynajmniej na dzisiejszą noc. W zdrowiu i w chorobie. Na dobre i na złe. W dostatku i w biedzie. Dopóki świt nas nie rozłączy.
Q, przyjmą cię na Duke’a. Będziesz miał bardzo udaną karierę jako prawnik, czy kim tam sobie będziesz, ożenisz się, będziesz miał dzieci i w ten sposób przeżyjesz całe swoje marne życie, a potem umrzesz. A kiedy w swoich ostatnich chwilach będziesz dławił się własną żółcią w domu starców, powiesz sobie: „No cóż, zmarnowałem całe moje pieprzone życie, ale przynajmniej w ostatniej klasie szkoły średniej włamałem się do SeaWorld z Margo Roth Spiegelman. Przynajmniej zdołałem carpe tamten jeden diem”.
- Myślę, że przyjemność nie polega na znalezieniu się w środku.
- A na czym?
- Na planowaniu, chyba. Nie wiem. Robienie czegoś nigdy nie okazuje się tak przyjemne, jak się spodziewasz.
Zapragnąłem jej powiedzieć, że dla mnie przyjemnością nie było planowanie, działanie czy odchodzenie; przyjemnością było patrzenie, jak struny naszego życia krzyżują się i rozchodzą, a potem znów się do siebie zbliżają - ale zabrzmiałoby to zbyt banalnie, a poza tym Margo już wstawała.
Mam na myśli, że Margo robi to, co zwykle robi Margo. Tworzy opowieści. Wstrząsa światami.
To się zdarza: ktoś - zwykle dziewczyna - jest wolnym duchem, nie dogaduje się zbyt dobrze z rodzicami. Takie dzieciaki są jak wypełnione helem balony na uwięzi. Naprężają sznurek i naprężają, aż w końcu coś się wydarza i sznurek zostaje przecięty, a one po prostu ulatują w powietrze. I być może takiego balonu już nigdy się nie zobaczy. Ląduje potem w Kanadzie albo w podobnym miejscu, dostaje pracę w restauracji, i zanim się taki balon obejrzy, nalewa kawę w tej samej knajpie tym samym smutnym łajdakom już przez trzydzieści lat. A być może za trzy, cztery lata albo za trzy, cztery dni jakiś silniejszy podmuch przywieje taki balon z powrotem do domu, bo potrzebne mu będą pieniądze, albo dlatego, że otrzeźwiał, albo dlatego, że zatęsknił za małym braciszkiem. Ale posłuchaj, chłopcze, takie sznurki są przecinane cały czas.
Z mojego pokoju wyszedł Ben z włosami tak zmierzwionymi, że zdawały się przeczyć ogólnie przyjętym wyobrażeniom o tym, jak grawitacja oddziałuje na materię.
Nie będziesz więcej brał rzeczy z drugiej i trzeciej ręki,
nie będziesz patrzył oczami zmarłych, ani karmił się widmami z książek.
Wszystko pędzi przed siebie, nic nie ginie,
A umrzeć jest czymś innym niż można by sądzić, i lepszym.
Jeśli nikt na całym świecie nie wie o moim istnieniu - jestem zadowolony,
I jeśli każdy i wszyscy wiedzą o mnie - jestem zadowolony.
Zapisuję się w spadku ziemi, by wyrosnąć z trawy, którą kocham,
Jeśli zatęsknicie za mną, szukajcie mnie pod podeszwą buta.
Ledwie będziecie wiedzieć, kim jestem i co oznaczam,
Ale i tak będę wam niósł zdrowie,
Będę filtrem i fibrem waszej krwi.
Nie uda się mnie chwycić za pierwszym razem - nie traćcie otuchy,
Nie znajdziecie mnie w jednym miejscu - szukajcie w innym,
Gdzieś się w końcu zatrzymam, czekając na was.
Znałem te korytarze tak dobrze - i nareszcie zaczynałem czuć, że i one mnie znają.
Może i była dziwna, a może to my byliśmy dziwni.
Nagle przyszła mi do głowy okropna myśl, tego rodzaju myśl, której nie da się cofnąć, kiedy już się wymknie na powierzchnię świadomości: wydało mi się, że to nie jest miejsce, do którego przyjeżdża się, żeby żyć. To miejsce, do którego przyjeżdża się, żeby umrzeć.
Stojąc przed tym budynkiem, uczę się czegoś o strachu. Uczę się, że strach nie ma nic wspólnego z jałowymi fantazjami kogoś, komu wydaje się, że pragnie, by przytrafiło mu się coś ważnego, choćby ta ważna rzecz miała być okropna. Nie ma nic wspólnego z uczuciem wstrętu na widok martwego obcego mężczyzny ani brakiem tchu na usłyszany pod domem Bekki Arrington dźwięk przeładowywanej strzelby. Z tym nie można sobie poradzić za pomocą kilku ćwiczeń oddechowych. To uczucie w niczym nie przypomina żadnego strachu, którego doznałem w przeszłości. To najniższa ze wszystkich możliwych emocji, uczucie, które towarzyszyło nam, zanim zaistnieliśmy, zanim zaistniał ten budynek, zanim zaistniała ta ziemia. To ten sam strach, który sprawił, że ryby wyczołgały się na suchy ląd i rozwinęły płuca, strach, który każe nam uciekać, strach, który nakazuje nam grzebać naszych zmarłych. Ten smród sprawia, że ogarnia mnie rozpaczliwa panika - nie taka panika, pod wpływem której brakuje powietrza w płucach, ale panika, która sprawia, że powietrza brakuje w całej atmosferze. Myślę, że powodem, dla którego przez większość życia trwałem w stanie lęku, było usiłowanie przygotowania się, wytrenowania ciała na przyjęcie tego prawdziwego strachu, kiedy w końcu nadejdzie. Jednak ja wcale nie jestem gotowy.
Ona nie jest martwa, dopóki nie znajdziemy jej martwej.
Nie wiem już, kim jest ani kim była, ale muszę ją znaleźć.
Jeśli będziemy poruszać się tak, jakby nasza ręka miała przejść przez klocek i będziemy wierzyć, że nasza ręka przejdzie przez klocek, to tak się stanie.
PÓJDZIESZ DO PAPIEROWYCH MIAST I NIGDY JUŻ NIE POWRÓCISZ
Chodzi mi o to, że w którymś momencie będziesz musiał przestać wpatrywać się w niebo, bo inaczej pewnego dnia spojrzysz z powrotem w dół i zorientujesz się, że ty także uleciałeś w przestworza.
Wydobędę z tej struny wszystko.
Ten poemat jest o naszych więziach - o tym, że wszyscy mamy ten sam system korzeni, jak to jest w wypadku źdźbeł trawy.
Jeśli przeczyta się cały wiersz, nie wiem, jak można wyciągnąć inny wniosek, niż taki, że życie jest czymś świętym i cennym.
Czytam wiersz, żeby zrozumieć Margo, a nie po to, by zrozumieć Whitmana.
Jednakże wiersz nie może zdziałać tego, do czego został stworzony, jeśli przeczyta się tylko jego urywki.
Wiedziałem, że do odkrycia było znacznie więcej, a teraz poczułem się gotów, by to znaleźć.
Dziecko spytało: „Co to jest trawa?” przynosząc mi pełne jej garście;
Co mogłem odpowiedzieć dziecku? Przecież nie wiem więcej niż ono.
Myślę, że to chorągiew moich uczuć utkana z ufnej zieleni.
Albo myślę, że to chusteczka Pana Boga,
Pachnący dar i pamiątka upuszczona umyślnie
Albo myślę, że trawa sama jest dzieckiem
Albo myślę, że to wciąż ten sam hieroglif,
Który znaczy: Kiełkując w wielkich krajach i małych,
Rosnąc pośród białych ludów i czarnych,
Teraz wydaje mi się, że to piękny, niestrzyżony włos mogił.
Jeśli „Co to jest trawa?” miało tak skomplikowaną odpowiedź, to, pomyślałem, równie skomplikowana musi być odpowiedź na pytanie „Kto to jest Margo Roth Spiegelman?”
Do tej pory skupiałem się na tym, kim się stała, lecz teraz, łamiąc sobie głowę nad wieloznacznością motywu trawy i ciągle czując na kocu zapach Margo, uświadomiłem sobie, że najważniejsze było pytanie, kogo szukałem.
Rozmawianie z pijaną osobą było jak rozmawianie z niezwykle szczęśliwym trzylatkiem dotkniętym poważnym uszkodzeniem mózgu.
Wyobraziłem sobie Margo na tej imprezie albo na tysiącu podobnych. Zobaczyłem uciekające z jej oczu życie.
- Uważasz, że jestem płytka?
- Właściwie tak. Ale ja też taki jestem - dodałem. - Każdy taki jest.
Pomyślałem o mojej Margo, Margo Lacey, Margo pani Spiegelman i o wszystkich nas patrzących na jej odbicie, każdy w innym krzywym zwierciadle.
Ciągle wszystko jest możliwe.
Stale oczekujesz, że ludzie nie będą sobą.Tylko pomyśl, mógłbym cię nienawidzić za to, że jesteś nieprzyzwoicie niepunktualny, że nigdy nie wykazujesz zainteresowania niczym innym oprócz Margo Roth Spiegelman, że praktycznie nigdy mnie nie pytasz, jak mi się układa z moją dziewczyną - ale mam to gdzieś, człowieku, bo ty to ty. Do licha, moi rodzice mają legiony czarnoskórych mikołajów, no i dobrze. Tacy już są. Ja mam taką obsesję na punkcie pewnej internetowej encyklopedii, że czasem nie odbieram telefonów od przyjaciół, a nawet od mojej dziewczyny. I to też jest w porządku. Taki już jestem. Ty i tak mnie lubisz.
Teraz będę już tylko słuchał - pisze Whitman. I przez dwie strony tylko słucha: słucha parowego gwizdka, słucha głosów ludzi, słucha opery. Siedzi na trawie i pozwala, żeby dźwięk się przez niego przelewał. Sądzę, że próbowałem robić to samo: słuchać wszystkich jej odgłosów, ponieważ zanim w ogóle nabiorą sensu, muszą najpierw zostać usłyszane. Przez cały ten czas właściwie nie słyszałem Margo - widziałem, jak krzyczy, a myślałem, że się śmieje - więc stwierdziłem, że teraz muszę się tym zająć. Że muszę spróbować, choćby z oddali, usłyszeć jej operę.
Chuck ma trudności w uczeniu się. Ma masę problemów - jak każdy. Wiem, że w tej chwili nie potrafisz patrzeć w ten sposób na swoich rówieśników, ale gdy będziesz starszy, zaczniesz ich postrzegać - te złe dzieciaki, te dobre dzieciaki i w ogóle wszystkie dzieciaki - jako ludzi. Oni wszyscy są po prostu ludźmi i zasługują na uwagę. Są w różnym stopniu chorzy, mają różny stopień neurozy, w różnym stopniu zaspokojoną potrzebę samorealizacji.
Zdaję sobie sprawę, że ludziom brakuje dobrych zwierciadeł. Ludziom tak trudno jest pokazać nam nasze odbicie, a nam z kolei z trudem przychodzi okazać im, co czujemy.
Ale czy nie jest też tak, iż na pewnym podstawowym poziomie trudno nam zrozumieć, że inni są takimi samymi istotami jak my? Idealizujemy ich jako bogów lub lekceważymy jako zwierzęta.
W dodatku świadomość to nie najlepsze okno.
Wszystkie moje dotychczasowe o niej wyobrażenia były chybione. Przez cały ten czas - nie tylko od
chwili jej zniknięcia, ale przez dekadę wcześniej - wyobrażałem ją sobie, nie słuchając jej, nie wiedząc, że stanowiła równie kiepskie okno jak ja sam. Tak więc nie potrafiłem wyobrazić jej sobie jako osoby, która ma obawy, która może czuć się wyobcowana w pomieszczeniu pełnym ludzi, która nie afiszuje się ze swoją kolekcją płyt, ponieważ to zbyt osobista rzecz, żeby się nią dzielić. Nie potrafiłem wyobrazić jej sobie jako kogoś, kto czyta książki podróżnicze, aby uciec przed koniecznością życia w mieście, które jest celem ucieczki dla tak wielu innych. Nie potrafiłem wyobrazić jej sobie jako osoby, która - ponieważ nikt nie myślał o niej jako o osobie - nie miała tak naprawdę nikogo, z kim mogłaby porozmawiać.
I oto nagle wiedziałem, jak czuje się Margo Roth Spiegelman, kiedy nie jest Margo Roth Spiegelman: czuje się pusta. Czuje, że otacza ją mur, na który nie sposób się wspiąć. Wyobraziłem ją sobie śpiącą na wykładzinie, jedynie z poszarpanym skrawkiem nieba nad głową. Może Margo czuła się tam komfortowo, ponieważ Margo osoba cały czas żyła w ten sposób: w opuszczonym pokoju z zaciemnionymi oknami, do którego jedyne światło wpadało przez dziury w suficie. Tak. Nieustannie popełniałem fundamentalny błąd, a ona sama, jak się okazuje, celowo mnie w nim utwierdzała. Prawda zaś była taka: Margo nie była cudem. Nie była przygodą. Nie była kruchą i drogocenną istotą. Margo była dziewczyną.
Każdy ma swoją Margo - a każda z nich bardziej przypomina zwierciadło niż okno.
Mimowolnie myślałem o tym, że szkoła i cała reszta się kończą. Przyjemnie było tak stać poza kręgiem sofy i patrzeć na nich - był to rodzaj smutku, który mi nie przeszkadzał, więc po prostu się przysłuchiwałem i pozwalałem, by szczęście i smutek w obliczu końca wirowały wokół mnie i wzajemnie się podsycały. Długo jeszcze czułem, jak pęka i otwiera mi się klatka piersiowa, lecz właściwie nie było to nieprzyjemne.
Człowiek słucha ludzi, żeby ich sobie wyobrazić, i słyszy wszystkie te okropne i cudowne rzeczy, które ludzie czynią sobie i innym, lecz w końcu to jego samego słuchanie obnaża bardziej niż ludzi, których próbuje słuchać.
Dłońmi przykrywam lądy.
Czasem jako dziecko wpatrywałem się w atlasy i już przez samo ich oglądanie przenosiłem się gdzieś indziej. To właśnie musiałem zrobić. Musiałem usłyszeć i wyobrazić sobie moją drogę w głąb jej mapy.
Mapy były czymś więcej niż tylko stratą czasu - były dowodem na bezowocność tego wszystkiego, na moją niezdolność do rozwinięcia „dłoni, które przykrywają lądy”, do wykształcenia umysłu tworzącego poprawne wyobrażenia.
Whitman przestaje słuchać i przestaje podróżować, a zaczyna stawać się innymi ludźmi. Jakby dosłownie ich „zamieszkiwał”. Opowiada historię kapitana okrętu, który uratował wszystkich na swoim statku prócz samego siebie. Poeta twierdzi, że może opowiedzieć tę historię, ponieważ stał się tym kapitanem.
Nigdy nie pytam rannego, co czuje, sam staję się tym rannym człowiekiem.
Ponieważ Margo zna tajemnicę odchodzenia, tajemnicę, którą sam dopiero co poznałem: odchodzenie jest przyjemne i czyste, tylko kiedy zostawia się za sobą coś ważnego, coś, co miało dla nas znaczenie. Kiedy wyrywa się życie razem z korzeniami. Ale tego nie da się zrobić, dopóki nasze życie nie zapuści korzeni.
Dwudziestoczterogodzinna podróż minivanem. Odjazdowa, bo podróże samochodem zawsze takie są; tragiczna, bo benzyna, którą pożera ten samochód, unicestwi naszą planetę.
Radar dodaje gazu i z piskiem opon wyjeżdża z parkingu, tym samym przechodząc do historii jako ten, który w długiej i obfitującej w wydarzenia historii minivanów po raz pierwszy użył jednego z nich, żeby spalić gumę.
Chciałbym zobaczyć minę gliniarza na widok czarnego mężczyzny w konfederackim T-shircie na czarnej sukience.
Jest tak wielu ludzi. Łatwo zapomnieć, jak przepełniony ludźmi jest świat - świat pęka w szwach od ludzi, a każdego z nich możemy sobie wyobrazić, tylko że nieodmiennie tworzymy sobie o nich niewłaściwe wyobrażenia.
Jak to jest, że możemy i nie możemy zobaczyć ludzi, myślę o przyciemnionych szybach pomiędzy mną a tą jadącą ciągle tuż obok kobietą, o tym, jak oboje siedzimy w samochodach z oknami i
lusterkami ze wszystkich stron, wlokąc się koło przy kole na tej zatłoczonej autostradzie.
Najciekawsze w samej istocie tej gry jest to, że ostatecznie ujawnia ona o wiele więcej o osobie, która sobie wyobraża niż o osobie, która jest wyobrażana.
Tylko... tylko pamiętaj, że czasami nasze wyobrażenie drugiej osoby niewiele ma wspólnego z tym, kim ona naprawdę jest. Ludzie są inni, kiedy możesz poczuć ich zapach i zobaczyć ich z bliska, rozumiesz?
Łatwo jest lubić kogoś z oddali. Ale gdy przestała być tą niesamowitą, nieosiągalną istotą i stała się, no wiesz, jakby normalną dziewczyną z dziwacznym stosunkiem do jedzenia, często marudną i nieco apodyktyczną - musiałem w zasadzie zacząć lubić całkowicie inną osobę.
Gdyby nie ona, nie ginąłbym teraz. Zostałbym w domu, tak jak zawsze zostawałem w domu, i byłbym bezpieczny, i zrobiłbym tę jedną rzecz, którą zawsze chciałem zrobić, czyli dorosnąć.
Może ta absolutna pewność, że Margo żyje - nawet jeśli nigdy nie zobaczę na to dowodu - sprawia, że wszystko znowu jest możliwe. Niemal potrafię sobie wyobrazić szczęście bez niej, niemal potrafię sobie wyobrazić, że jestem zdolny pozwolić jej odejść, zdolny poczuć, że nasze korzenie są połączone, nawet jeśli już nigdy więcej nie zobaczę tego źdźbła trawy.
Zbyt wiele może się wydarzyć, żebyśmy mogli się na wszystko przygotować.
Nigdy nie wiadomo co człowiekowi pomoże.
Wyobrażenie jest nie tylko fałszywe, lecz także niebezpieczne. Jakże łatwo można dać się zwieść, wierząc, że człowiek jest czymś więcej niż tylko człowiekiem.
Jeśli skądś się odchodzi, najlepiej odejść na dobre.
Odeszłam w jedyny możliwy sposób. Odrywając swoje życie jednym pociągnięciem, tak jak odrywa się plaster. I dzięki temu ty możesz stać się sobą, Lace może stać się Lace, każdy może stać się sobą, a ja mogę stać się mną.
To właśnie dlatego musiałam odejść. Nieważne, jak bardzo życie daje człowiekowi w kość, zawsze jest lepsze niż to drugie.
Nie mogę uwierzyć, że Margo żyje w takich warunkach, w tym melanżu niedających się ze sobą pogodzić drobnomieszczańskiej schludności i odrażającego rozpadu. Z drugiej strony nie mogę uwierzyć, ile zmarnowałem czasu, wierząc, że mogłaby żyć w jakikolwiek inny sposób.
Czy jakakolwiek dziesięciolatka napisała kiedyś książkę o psie, który nie potrafi mówić?
- Wiesz, zastanawiam się, czy to była kwestia miejsca, czy ludzi. I co by było, gdyby ludzie wokół ciebie byli inni?
- A jak możesz rozdzielić te rzeczy? Ludzie tworzą miejsce, a miejsce tworzy ludzi. Poza tym myślałam, że nie ma tam już nikogo, z kim mogłabym się zaprzyjaźnić. Myślałam, że każdy albo się boi, jak ty, albo nie jest niczego świadomy, jak Lacey.
Przez wszystkie te lata byłeś dla mnie papierowym chłopcem - miałeś dwa wymiary jako postać na papierze i dwa inne, ale ciągle płaskie, wymiary jako osoba. Jednak tamtej nocy okazałeś się realny.
Papierowe miasto dla papierowej dziewczyny.
Myślałam, że to ja jestem zrobiona z papieru. To ja, nie inni, byłam tą cienką, gniotliwą istotą. A prawda jest taka, że ludzie uwielbiają ideę papierowej dziewczyny. Zawsze tak było. I najgorsze jest to, że ja też ją uwielbiałam. Kultywowałam ją, rozumiesz? Ponieważ to naprawdę wspaniałe uczucie, kiedy jest się ideą, którą każdy lubi. Jednak ja nigdy nie mogłam być tą ideą dla samej siebie, w każdym razie nie do końca. A Agloe jest miejscem, w którym czyjaś papierowa kreacja stała się realna. Kropka na mapie stała się realnym miejscem, bardziej realnym, niż mogliby to sobie wyobrazić ludzie, którzy ją stworzyli. Pomyślałam, że może tutaj wycięta z papieru dziewczyna również mogłaby zacząć stawać się realna. Dlatego wydało mi się całkiem sensowne, by tej papierowej dziewczynie, dla której liczyły się popularność i ciuchy, i podobne bzdury, powiedzieć: „Pójdziesz do papierowych miast i nigdy już nie powrócisz”.
- Skóra na przegubie mojej ręki była taka biała i bezbronna. Wydało mi się, że to, co chcę zabić, nie znajduje się ani pod skórą, ani w błękitnej pulsującej żyle, ale głębiej, utajone tam, gdzie bardzo trudno jest dotrzeć. Wiem, o czym mówi Plath. Znam to głęboko utajone coś. Jest jak pęknięcia w człowieku. Linie uskoku, w których segmenty dobrze się ze sobą nie schodzą.
- Podoba mi się ten obraz - przyznaję. - Można o tym też myśleć jak o pęknięciach w kadłubie okrętu. Pęknięciach, które w końcu sprowadzą cię na dno.
Stawałam się coraz bardziej nerwowa, bo nikogo tutaj nie znałam. I czekałam, aż ta samotność i nerwowość sprawią, że będę chciała wrócić. Ale tak się nie stało. To jedyne, czego nie mogę zrobić.
Trudno jest wrócić, kiedy już raz przykryło się dłońmi lądy.
Wieczność to kompozycja z chwil obecnych.
Przyszłość zasługuje na naszą wiarę.
Ona najwyraźniej wyobraża sobie, że moim zadaniem jest sprawianie jej przyjemności i to powinno być moje najgorętsze pragnienie, a kiedy jej nie zadowalam - zostaję wykluczona. Zmieniła zamki. To była pierwsza rzecz, jaką mi powiedziała.
Może Whitman miał jakiś dar, którego ja nie mam. Dlatego ja muszę spytać rannego, w którym miejscu jest ranny, ponieważ sam nie mogę stać się tym rannym człowiekiem. Jedynym rannym człowiekiem, którym mogę być, jestem ja sam.
Nic nigdy nie zdarza się tak, jak to sobie wyobrażamy.
Z drugiej strony, jeśli sobie niczego nie wyobrażasz, nigdy nic się nie wydarza.
Wyobrażanie sobie, że jest się kimś innym albo że świat jest inny, jest jedyną drogą do wnętrza. To właśnie ta maszyna zabija faszystów.
Każdego coś w końcu i tak zabija.
Może pękają nam struny, a może toną nasze okręty, a może jesteśmy trawą - nasze korzenie są tak współzależne, że nikt nie jest martwy, jak długo ktoś inny pozostaje żywy. Chcę przez to powiedzieć, że nie cierpimy z powodu braku metafor. Jednak trzeba uważać, którą metaforę się wybiera, bo to ma znaczenie. Jeżeli wybiera się struny, wtedy wyobraża się sobie świat, w którym można stać się nieodwracalnie porozrywanym. Jeśli wybiera się trawę, uznaje się, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni nieskończoną liczbą więzi, że możemy użyć tych systemów korzeni nie tylko po to, żeby się wzajemnie rozumieć, ale żeby stawać się sobą nawzajem. Te metafory mają swoje implikacje. Rozumiesz, o co mi chodzi?
- Ja lubię struny. Zawsze je lubiłam. Bo to właśnie tego rodzaju odczucie. Tylko że struny sprawiają, iż ból jawi się jako bardziej zgubny, niż jest w rzeczywistości. Nie jesteśmy tak krusi, jak struny każą nam wierzyć. Ale trawę też lubię. Trawa zaprowadziła mnie do ciebie, pomogła mi wyobrazić sobie ciebie jako realną osobę. Tylko że my nie jesteśmy różnymi pędami tej samej rośliny. Ja nie mogę być tobą. Ty nie możesz być mną. Można sobie dobrze wyobrazić drugą osobę - ale to wyobrażenie nigdy nie będzie doskonałe, rozumiesz?
Wszyscy jesteśmy popękani.
Każde z nas zaczyna życie jako wodoszczelny okręt. Ale potem przydarzają się nam różne rzeczy -
ludzie nas opuszczają albo nas nie kochają, albo nas nie rozumieją, albo my ich nie rozumiemy, więc tracimy, przegrywamy i ranimy się wzajemnie. I okręt zaczyna miejscami pękać. No a kiedy okręt pęka, koniec staje się nieunikniony. Kiedy do wnętrza Osprey zacznie dostawać się deszcz, nikt go już nigdy nie odnowi. Jednak zanim pęknięcia zaczną się otwierać i ostatecznie się rozpadniemy, mija wiele czasu. I to właśnie w tym czasie możemy się nawzajem zobaczyć, bo wtedy wyzieramy zza naszych szczelin i zaglądamy przez szczeliny innych do ich wnętrza. Kiedy zobaczyliśmy swoje prawdziwe oblicza? Dopiero kiedy zajrzałeś w moje szczeliny, a ja zajrzałam w twoje. Wcześniej patrzyliśmy zaledwie na wzajemne o sobie wyobrażenia, jakbyśmy patrzyli na roletę w oknie, ale nigdy nie zaglądali do środka. Lecz jak tylko okręt zaczyna pękać, do środka może dostać się światło. Światło może się wydostać na zewnątrz.
Wypowiadanie tych słów ratuje nas przed całkowitym rozpadnięciem się. Być może wyobrażając sobie te przyszłe chwile, czynimy je realnymi, a może i nie, jednak i tak musimy je sobie wyobrażać. Gwałtownie wydostaje się z nas światło, światło z impetem się w nas wlewa.
Mam nadzieję, że tak postąpiłby bohater, bo niepodążanie za nią jest najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem.
Gramy na pękniętych strunach naszych instrumentów ten jeden ostatni raz.
Mam przed sobą widzialny znak niewidzialnego światła.
Tak, w tej pękniętej ciemności widzę ją niemal doskonale.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz