środa, 8 lipca 2015

K: Ukojenie

CYTATY
UKOJENIE

Autor: Maggie Stiefvater
Ilość stron: 519
Znalezione w: Biedronka
Data przeczytania: 2014-11-16

Odmierzałam czas, licząc wtorki.


Moje myśli krążyły po wielu światach, omijając ten, w którym się znajdowałem. Każdą sekundę wypełniałem muzyka stworzoną przez kogoś innego albo książkami, których wcześniej nie czytałem. Pracą. Pieczeniem chleba. Czymkolwiek, co mogło zając mój umysł. Bawiłem się w normalność, udając, że muszę wytrzymać bez niej jeszcze tylko jeden dzień, a nazajutrz zobaczę, jak przekracza mój próg
i życie znowu zacznie płynąć normalnie. 


Byłem maszyną w wiecznym ruchu, napędzaną przez bezsenność i strach przed myślami, które mogłyby skumulować się w mojej głowie, gdybym im na to pozwolił. Każda noc była kopią poprzedzającego ją dnia, a każdy dzień był kopią minionej nocy. 

Żaden dobry uczynek nie uchodzi bezkarnie.

Świadomość, że moje życie ma jakiś cel, była niezwykle przyjemna. 

Połam mnie na kawałki wystarczająco małe, by zmieściły się we wnętrzu twej dłoni, kochanie. Nigdy nie myślałem, że mnie ocalisz. Odłam kawałek dla swoich przyjaciół, odłam kawałek dla siebie na szczęście, odłam kawałek i sprzedaj, sprzedaj, połam mnie… 

Ale coś innego przykuło moją uwagę. Coś w wyrazie mojej twarzy, coś, czego nie rozpoznawałem. Kimkolwiek był ten Sam, nie znałem go. 

Skoro jestem Hannibalem, gdzie są moje Alpy? 

Czułem bezsilność. Musiałem walczyć ze śmiercią, a jedyną bronią, jaka dysponowałem, były mrożone frytki. 

Żywiłem wyjątkowy rodzaj niechęci do idei telefonu jako medium dla pogawędek. Urządzenie nie pozwalało na przestrzeń w rozmowie, ani na ciszę, ani na oddechy. Albo się mówiło, albo milczało, a to drugie wydawało mi się nienaturalne. 

Tęskniłem za nią tak bardzo, że niemal się dławiłem, jakby jej brak był czymś namacalnym, co utkwiło mi w gardle. Jej obecność nie rozwiązałaby żadnych problemów, ani nie sprawiła, że Isabel zostawiłaby mnie w spokoju. Ale gdyby Grace tutaj była, powiedziałaby mi, żebym poszedł spać, a ja potrafiłbym zasnąć. A wtedy ten straszliwy długi dzień wreszcie dobiegłby końca. Poczułbym ukojenie. 

Poranek tracił swoje lecznicze moce, kiedy przybywał i znajdował cię z szeroko otwartymi oczami po bezsennej nocy. 

Obchodziło go „dlaczego”. Obchodziło go „jak”. Nawet jeśli nie obchodziły go wyniki, interesowało go, jak można ustalić formułę umożliwiającą powtarzanie danego eksperymentu. 

Sam jęknął cicho. On w i e d z i a ł i to bolało bardziej niż przemiana.

- Powiem ci coś, Sam… W twojej głowie jest mnóstwo małych pudełek. Jest tam dużo pustych pudełek i możesz wkładać do nich różne rzeczy. Smutne rzeczy. Czy masz dużo smutnych rzeczy w swojej głowie?
− Nie – zaprzeczyłem.
− No cóż, ja mam. I te rzeczy sprawiały, że chciało mi się płakać. Kiedyś płakałem przez nie całymi dniami. I wiesz, co w końcu zrobiłem z tymi smutnymi rzeczami? Powkładałem je do pudełek. Włożyłem te smutne rzeczy do pudełek w mojej głowie, pozamykałem je, pozaklejałem taśmą, upchnąłem w kącie i jeszcze przykryłem kocem.
− Mózgową taśmą? – zasugerowałem ironicznie. Ostatecznie miałem osiem lat.
− Tak, mózgową taśmą. I mózgowym kocem. Teraz już nie muszę patrzeć na te smutne rzeczy. Czasami mógłbym chyba otworzyć pudła, gdybym chciał, ale wolę trzymać je zaklejone.
− Jak użyłeś tej mózgowej taśmy?
− Musisz to sobie wyobrazić. Pomyśl, że wkładasz smutne rzeczy do pudełek i wyobraź sobie, że
zaklejasz pudełka mózgową taśmą. I wyobraź sobie, że spychasz je w kąt mózgu, tam gdzie się
o nie nie potkniesz, kiedy będziesz myślał o czymś innym, a potem zarzuć na nie koc. Włóż do pudełek wszystko poza sobą. Ciebie chcemy zachować. Masz jakieś smutne rzeczy, Sam? 

Biedne są – zadumał się Cole ze wzrokiem utkwionym w gwiazdach. – Muszą być już zmęczone obserwowaniem, jak wciąż popełniamy te same cholerne błędy. 

Tysiąc sposobów, by powiedzieć „żegnaj”.
Tysiąc sposobów, by uronić łzę jedną. 
Tysiąc sposobów, by nałożyć kapelusz,
nim po raz ostatni wyjdziesz na zewnątrz.
Więc wołam: - Żegnaj, żegnaj, żegnaj!
Krzyczę to tak głośno, głośno,
bo następnym razem, gdy odzyskam głos,
może być już za późno. 

Ludzie nie zmieniają tego, kim są. Zmieniają tylko to, co z tym robią.

Podejmowanie ryzyka nie oznacza skłonności samobójczych. Inaczej spadochroniarze potrzebowaliby poważnej pomocy.

I cóż za bestia, której czas wreszcie powraca, Pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić?

Byłem jak radio nastrojone na wszystkie stacje jednocześnie. W mojej głowie kłębiło się tyle myśli, że żadna nie miała znaczenia.

Zrywałem pokrywki z kolejnych pojemników, szukając potrzebnego sprzętu: jakiegoś kabla, sznura, liny do skoków bungee, zwiniętego w kłębek pytona królewskiego. Czegokolwiek, do czego mógłbym przymocować pojemnik, żeby zamienić go w swego rodzaju windę.

Biegałem tak, jakbym nigdy nie maił się zatrzymać – dopóki nie dotarłem do miejsca przeznaczenia. 

Ile czasu potrzeba nam, każdego dnia, by poznać siebie nawzajem?

Ludzie nie muszą sobie zasłużyć na dobroć. Mogą zasłużyć najwyżej na okrucieństwo. 

Ale nigdy tak naprawdę nie zastanawiałem się nad tym, że śmierć we własnym ciele może stanowić przywilej. 

Miałam wrażenie, że nie tęskniłabym za nim w odpowiedni sposób, gdybym nie wymazała z pamięci wspomnień o tym, jak bardzo nim czasami pogardzałam. Zamiast tego starałam się pamiętać, jak wyglądał, kiedy się uśmiechał i pracował upaćkany przy aucie na podjeździe, chociaż ostatnio coraz częściej wydawało mi się, że pamiętam tylko wspomnienie wspomnienia jego uśmiechu, a nie sam uśmiech.

− Tęskniłem za patrzeniem na twoja twarz – wyszeptał cicho.
− Ja tęskniłam za posiadaniem twarzy – skwitowałam. 

Wariacje akordu G-dur, najcudowniejszego akordu znanego ludzkości, nieskończenie radosnego. Mógłbym żyć wewnątrz akordu G-dur, z Grace, jeśliby zechciała. Wszystko co we mnie dobre i proste, można by podsumować tym akordem.

Spędziłem taki kawał życia, bojąc się żyć albo żyjąc wspomnieniami strachu. Wystarczy.

Ale moje palce odnalazły G-dur i zagrały tysiąc wariacji tego akordu niemal bez mojego udziału. Piosenki grały się same, podczas gdy ja błądziłem myślami gdzie indziej. Były częścią czegoś większego niż ja, niekończącym się zbiornikiem szczęścia, z którego każdy mógł czerpać. 

Jednak najważniejsza była ta minuta, w której byłem teraz. Ważniejsza niż wszystkie minione. Minuta, w której ja, Sam Roth, przyszedłem tu o własnych siłach, z muzyką w dłoniach. Silny. W końcu silny. 

Bo jest tak nieskończona zima pośród zim wszystkich, mijających obok, że zimujące twe serce pokona.

Prosiłaś, bym cię obudził, ale ja też spałem – głęboko jak kamień… Jednak teraz jestem na granicy przebudzenia i widzę już blask wschodzącego słońca 

Nie byłam w stanie powiedzieć mu niczego, czego już by nie wiedział. Mogłabym wymyślić tysiąc powodów za i przeciw, ale wszystkie one zaczynały się i kończyły na pragnieniu, jakie rysowało się teraz na jego twarzy.
− Musisz być w stanie żyć z samym sobą – powiedziałam mu tylko. 

Zawsze jestem pewien tego, co robię. Czasami nie jestem tylko pewien, czy wszystko to, co robię, będzie miało szczęśliwe zakończenie. 

Czułem się jak puste naczynie unoszące się na falach snu. Wiedziałem, że to kwestia czasu, zanim napełnię się i pójdę na dno. 

Ale sam nie mogłem zrobić pierwszego kroku. Byłem dobry w czekaniu. 

Nie rozumiałem, jak ktoś mógł być jednocześnie święty i nikczemny. Jak ta sama osoba mogła niszczyć i zbawiać. Skoro wszystko, czym byłem, zarówno to dobre, jak i złe stanowiło dzieło stworzone z niejasnych pobudek, skąd miałem wiedzieć, czy powinienem go kochać czy nienawidzić? 

Objąłem ją mocno, żałując, że miłość do mnie jest tak skomplikowaną sprawą. 

Ale nawet samo myślenie o tym sprawia, że czuję się zmęczony. Przypomina mi o tym uczuciu, jakie miałem, zanim odszedłem. Jakby moje płuca były z ołowiu. Jakbym nie mógł choćby pomyśleć o tym, żeby zaczęło mi na czymś zależeć. Jakbym chciał, żeby wszyscy oni byli martwi, albo żebym to ja był martwy, bo nie potrafiłem już znieść ciężaru całej tej historii między nami. To wszystko dzieje się, jeszcze zanim podniosę słuchawkę. Jestem tak zmęczony, że czasami nie mam ochoty się rano budzić. Ale zrozumiałem, że to nie przez nich tak się czuję. To moja wina. Od samego początku. 

Jestem częścią tego, czego w sobie nienawidzisz.

Nie potrafię odróżnić braku walki od poddania się. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz